Antoni Ruszkiewicz

 


Powstanie warszawskie



Druga połowa lipca 1944 r. nie zapowiadała w niczym, że Warszawa zostanie wydana na zagładę i zniszczenie, jakiemu nie uległo żadne miasto w tej wojnie. Każdy z nas, kto mieszkał i przebywał wówczas w Warszawie, widział wyraźnie oznaki zbliżającego się frontu. Przez miasto ze wschodu na zachód przewalały się kolumny samochodów naładowanych zrabowanemu rzeczami, ciągnęły baterie najcięższej artylerii przeciwlotniczej, widać było również to tu, to tam resztki rozbitych niemieckich formacji wojskowych. Warszawiacy głośno zastanawiali się nad tym, czy Warszawa będzie przez Niemców broniona, czy też zastanie oddana bez walki. Powoli plotka obejmowała Warszawę w swoje posiadanie.

Tymczasem niepokój wśród volks- i reichsdt-titschów narastał. W niedzielę dnia 23 lipca wybuchła wśród nich jawna panika. Władze i urzędy niemieckie kończyły gorączkowe przygotowania do ewakuacji. Rozpoczęła się masowa ucieczka Niemców na zachód. W poniedziałek i wtorek sklepy niemieckie były już pozamykane, z instytucji państwowych, komunalnych i gospodarczych poznikali urzędnicy niemieccy; poczta, telegraf i telefony nieczynne, dla Polaków został wstrzymany ruch pasażerski na kolejach. Zdawało się, że Armia Czerwona wkracza już do Warszawy. Stugębna plotka szalała. Na Pradze widziano już czołgi sowieckie. Pod głośnikami zbierały się tysiączne tłumy w oczekiwaniu na komunikat głównej kwatery) niemieckiej. Chociaż komunikat był wstrzemięźliwy, pęczniał treścią wyimaginowaną, gdy podawano go z ust do ust. To samo było z biuletynami radiowymi wydawanymi przez organizacje nielegalne. W napięciu oczekiwania miasto dochodziło do kresu swej wytrzymałości.

Gdy panika wśród Niemców osiągnęła swój punkt szczytowy, w Warszawie zjawił się sam szef sztabu generalnego, gen. Guderian. Podobno doszło do ostrej rozmowy między nim, z oberkatem warszawskim gen. Frankiem. W środę dnia 26 lipca rozlepiono czerwone afisze, podpisane przez Franka. Tym wszystkim, którzy rozpuszczają fałszywe wiadomości, jakoby Siedlce zostały wzięte przez wojska sowieckie, którzy zamykają sklepy, nie przychodzą do pracy lub dopuszczać się będą aktów sabotażu i dywersji groził surowymi represjami. Pod koniec wyraził wiarę w to, że jak w 1920 r., tak i teraz dokona się drugi cud nad Wisłą. W ślad za tym rozlepiono na drugi dzień wezwanie skierowane do ludności cywilnej: w piątek dnia 28 lipca o godz. 8 rano w czterech oznaczonych punktach Warszawy ma się stawić sto tysięcy mężczyzn do robót fortyfikacyjnych. Rzeczywiście, w piątek przed godz. 8 rano na wyznaczone punkty Niemcy podstawili kilkaset samochodów ciężarowych. W każdym punkcie zgłosiło się po kilkanaście osób. O godz. 9-tej samochody odjechały, nie zabierając nawet tych, którzy dobrowolnie się zgłosili na roboty. Przez kilka następnych godzin Warszawa żyła w oczekiwaniu masowych łapanek i represji. Jednak ani łapanek, ani represji nie było. To zdezorientowało opinię publiczną, jedni twierdzili, że w tej sytuacji brak represji jest oznaką całkowitej słabości, inni zaś uważali, że Niemcy nie chcą drażnić ludności. Niezależnie od tego, kto miał rację, jedno było pewne, że Niemcom udało się opanować panikę, że wielu niemieckich urzędników wróciło do miejsc swego urzędowania, że robotnicy i urzędnicy polscy otrzymali wezwanie, aby natychmiast stawili się do pracy, jednocześnie załogi bunkrów, broniących dostępu do obiektów ważnych pod względem wojskowym, zostały bardzo wzmocnione. Bunkry i gęste zasieki z drutów kolczastych, biegnące wokół całych kompleksów budynków, wskazywały na to, że Niemcy nie zrezygnują łatwo z Warszawy, że przygotowali się odpowiednio do prowadzenia walk wewnątrz miasta. Jednocześnie odbywały się przesunięcia wojsk niemieckich z zachodu na wschód. Od soboty przez trzy noce z rzędu przewalały się czołgi na prawy brzeg Wisły. Dochodziły jeszcze dalekie pomruki dział frontowych, ale odczuwało się coraz bardziej, że lada dzień może nastąpić zahamowanie ofensywy sowieckiej, że Niemcy nad Wisłą będą stawiać zdecydowany opór. Dla tych, którzy liczyli na szybkie uwolnienie Warszawy przez Armię Czerwoną, niepokojący był fakt ustania nalotów na Pragę. Gdy noc z piątku na sobotę minęła spokojnie, ludzie z niepokojem pytali siebie nawzajem, dlaczego nie było nalotu? Następne noce mijały również w spokoju, jedynie turkot ciężkich czołgów sunących na wschód wdzierał się nocą do mieszkań. Wysoka temperatura febry przyfrontowej, jaka przed kilkoma dniami ogarnęła Warszawę, zaczęła powoli opadać. Miało się wrażenie, że Niemcy zdołali opanować na pewien czas sytuację, że linia Wisły będzie przez nich broniona z całą zaciekłością. Trzecia faza letniej ofensywy sowieckiej miała się ku końcowi.

W tym samym czasie Warszawa przeżywała wielką sensację polityczną: utworzenie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego na terenach uwolnionych spod okupacji hitlerowskiej przez Armię Czerwoną. Swoistą reklamę PKWN-owi robiła goebbelsowska propaganda w języku polskim. Programy rozgłośni krakowskiej w 70% procentach wypełnione były wściekłymi atakami na PKWN. Podziemna prasa reakcyjna nie pozostawała w tyle, pisząc na temat genezy powstania i składu osobowego PKWN co ślina na pióro przyniosła. Zbieżność reakcyjnej propagandy z propagandą goebbelsowską była zadziwiająca. Jak wiemy, ta współpraca ideologiczna hitleryzmu z reakcją polską miała swoje tradycje. Najjaskrawiej wystąpiła po raz pierwszy w okresie kampanii katyńskiej. Temperatura atmosfery politycznej podniosła się o kilka stopni, gdy do Warszawy dotarły konkretne wiadomości o planowanej podróży Mikołajczyka do Moskwy. Sprawa polska wypływała na forum międzynarodowe. Przedstawiciele emigracji londyńskiej udają się do Moskwy w momencie, gdy PKWN przystępuje do pracy na terenach wyzwolonych. Demokratyczna opinia Warszawy zadawala sobie pytanie, z czym Mikołajczyk jedzie do Moskwy? Każdy doceniał, że ta wizyta może mieć doniosłe następstwa, ale nikt nie przypuszczał, że będą aż tak tragiczne, jak zniszczenie Warszawy podczas powstania.

Dowództwo Armii Krajowej i Delegatura Krajowa emigracyjnego rządu londyńskiego zaktywizowały swoją działalność wówczas, gdy sytuacja na froncie zdradzała pewne tendencje do stabilizacji, gdy na podstawie wnikliwych obserwacji można było przypuszczać, że ofensywa sowiecka, podczas której Armia Czerwona posunęła się kilkaset kilometrów na zachód ulegnie zahamowaniu ze względu na konieczność podciągnięcia tyłów i rezerw, że czołówki Armii Czerwonej są tylko czołówkami, a nie jej głównym trzonem. W czwartek dnia 27 lipca dowództwo AK zarządziło ostre pogotowie swoich oddziałów. W piątek od samego rana mówiło się na mieście, że o 5-tej popołudniu „zacznie się“. O 6-tej wieczorem było wiadome, że termin wybuchu powstania został przesunięty na dzień następny. Odkładano terminy aż do wtorku, do dnia 1 sierpnia. Dla nikogo nie było to tajemnicą. Każde dziecko wiedziało o tym, że termin wybuchu powstania odkłada się z dnia na dzień. W domu, na ulicy, gdzie toczyło się życie na wpół legalne, po biurach i urzędach polskich dyskutowano zawzięcie, czy należy już rozpoczynać. Zdecydowana większość wypowiadała się przeciwko natychmiastowemu wszczynaniu otwartego powstania zbrojnego. Często słyszało się głosy, że trzeba czekać na wyjaśnienie sytuacji militarnej i politycznej, że przecież sztaby armii sprzymierzonych niejednokrotnie przypominały, że z rozpoczęciem powstania należy tak długo czekać, dopóki nie będzie wyraźnego wezwania z ich strony. Kierownictwa polityczne i wojskowe demokratycznych ugrupowań i partii z dużą obawą obserwowały tę nagłą aktywność dowództwa AK, mobilizującego swoje oddziały w Warszawie. Byli wśród nas tacy, którzy ją lekceważyli, powołując się na to, że niema dotąd żadnego współdziałania między dowództwem AK a dowództwem Armii Czerwonej, że jeśli nawet dowództwo AK myśli poważnie o rozpoczęciu powstania, to nie będzie miało odwagi brania na swoje barki całkowitej odpowiedzialności za powzięcie decyzji w tym kierunku i porozumie się z innymi organizacjami, wojskowymi, lub przynajmniej omówi z nimi sytuację, jaka wytworzyła się w Warszawie w związku z przesunięciami frontu na prawym brzegu Wisły. Łudzono się, że dowództwo AK w podejmowaniu decyzji kierować się będzie względami wojskowymi, że zrezygnuje z roszczeń monopolistycznych i zgodzi się na utworzenie wspólnego dowództwa, do którego będzie należało ostatnie słowo w sprawie ustalenia terminu powstania.

Stało się inaczej. We wtorek dnia 1 sierpnia wybuchło powstanie na rozkaz gen. Bora- Komorowskiego i Sosnkowskiego. Początek akcji zbrojnej został wyznaczony na godzinę 5-tą popołudniu. O tym terminie mówiło całe miasto, mówiło się o tym, że przez radio nadawany będzie sygnał „Burza“, że w określonym czasie odezwie się kilka syren alarmowych. Dowództwo AK parło do wybuchu powstania na własny rachunek i własną odpowiedzialność, wyznaczając pozostałym organizacjom wojskowym rolę biernych obserwatorów, rolę kibiców politycznych. O tym, że nie było również żadnego porozumienia i uzgodnienia terminu z marszałkiem Rokossowskim, dowiedziała się Warszawa w toku samego powstania. Akcja zbrojna nie rozpoczęła się o określonej godzinie we wszystkich punktach miasta. Na Żoliborzu, między godziną 14-ą — 15-ą, podczas przenoszenia broni z magazynu do lokali rozdzielczych nadjechał samochód z żandarmami, wynikła gęsta strzelanina, która przerodziła się w kilkugodzinne walki uliczne w okolicach placu Wilsona. Komunikacja między Żoliborzem i Śródmieściem została przerwana. Niemcy ściągnęli posiłki w postaci kilku czołgów i samochodów z żandarmerią i SS-manami i po trzech godzinach opanowali sytuację. Straty po naszej stronie były bardzo wysokie. Do wystąpień w innych dzielnicach miasta doszło między godziną 5-ą a 6-ą. Na Starym Mieście, Śródmieściu, Woli, Czerniakowie i Mokotowie rozgorzały walki uliczne, nie wszędzie o jednakowym natężeniu i sile, nie wszędzie według z góry opracowanego planu. Próby nagłego opanowania Cytadeli i mostów zakończyły się krwawym niepowodzeniem. Z nastaniem nocy zapanowała nad miastem martwa cisza, przerywana pojedynczymi strzałami karabinowymi i artyleryjskimi. Nikt nie przeczuwał, jaka koszmarna koncepcja wylęgła się w mózgach sanacyjnych inspiratorów powstania, że wyrok śmierci na Warszawę został już podpisany przez Bora-Komorowskiego i Sosnkowskiego.

Dowództwo AK narzuciło Warszawie powstanie, w ciągu kilku godzin postawiło stolicę wobec faktu dokonanego, nie oglądając się na nikogo i na nic, mając jedynie własne klikowe cele na oku. Mimo to wszystkie demokratyczne organizacje wojskowe z Armią Ludową na czele wzięły czynny udział w walkach powstańczych, wychodząc z założenia, że z chwilą gdy wybuchło powstanie, przestało ono być interesem ubijanym przez uzurpatorów i samozwańców sanacyjnych, lecz stało się sprawą ogólnonarodową, sprawą obchodzącą w pierwszym rzędzie ludność Warszawy. Toteż warszawskie dowództwo AL wydało rozkaz oddziałom garnizonu warszawskiego, aby wystąpiły na powierzchnię i wałczyły ramię przy ramieniu z oddziałami AK. Organizacja AL świadoma była tego, że chociaż powstanie wybuchło przedwcześnie, wbrew logice rzeczywistości frontowej, niema już drogi do odwrotu, że trzeba walczyć do końca, że w walce tej należy skupić wszystkie żywe i demokratyczne siły narodu. Już pierwsze dni powstania zdemaskowały właściwe zamierzenia reakcyjnych inicjatorów. Dowództwo AK nastawiło się na krótkotrwałość akcji powstańczej, ponieważ chodziło mu ó to, aby opanować Warszawę po opuszczeniu jej przez Niemców, a przed wkroczeniem Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Gdyby ten manewr się udał, reakcja polska uzyskałaby atut, który wygrałby Mikołajczyk w trakcie rokowań moskiewskich. Ale takie założenia gry politycznej są założeniami zupełnych bankrutów politycznych, którzy nie mając nic do stracenia szafują życiem setek tysięcy łudzi.

Dalsze konsekwencje tych założeń uwypukliły tragizm i beznadziejność powstania. Na krótkotrwałość powstania mógł stawiać kiepski polityk, ale nigdy dobry strateg i wódz. Plany dowództwa AK nie uwzględniły możliwości długich i zaciętych walk na terenie Warszawy. Powstanie warszawskie miało być kilkudniową demonstracją polityczną, popartą akcjami zbrojnymi. Dlatego też powstanie pod względem wojskowym było absolutnie nieprzygotowane. Brak było militarnego planu opracowanego w szczegółach i w całości, brak było wojskowej myśli kierowniczej. Nie było broni, amunicji i oddziałów przeszkolonych w walkach ulicznych. Dowództwo AK nie poczyniło żadnych prób nawiązania łączności z dowództwem Armii Czerwonej, aby uzgodnić z nim termin wybuchu powstania oraz ustalić ramy współdziałania taktycznego. Ta oryginalna „samodzielność“ dowództwa AK pozbawiła powstanie potężnej bazy materiałowej, zamknęła przed nim wszelkie perspektywy militarne, rozbroiła je materialnie i politycznie. Tak przedstawiały się pasywa powstania warszawskiego w pierwszej jego fazie. Na aktywa składały się tylko: najgłębsza nienawiść do Niemców i płomienny patriotyzm mieszkańców Warszawy. Toteż Niemcy przejęli z miejsca inicjatywę i bez większych wysiłków utrzymali w swoich rękach wszystkie obiekty wojskowe, jak: mosty, Cytadelę, Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, dworce, Instytut Chemiczny, uniwersytet, i szereg innych. Utrzymanie się Niemców w tych obiektach doprowadziło do tego, że miasto podzielone zostało na kilka „ghett“, których likwidacja następowała kolejno. Od samego początku powstanie warszawskie nie miało ogólnego kierownictwa, bo mieć nie mogło. Poszczególne dzielnice wałczyły w oderwaniu i izolacji, skazane na własne rezerwy materiałowe i ludzkie. Możliwość operatywnego działania była z góry przekreślona. Powstanie zostało zepchnięte na pozycje defensywne. Pierwsze uderzenie niemieckie poszło na Wolę, na plac Teatralny, później na Stare Miasto, które broniło się najdłużej, i Czerniaków, następnie zaś na Mokotów, Śródmieście i Żolibórz. Gdy Niemcy zwalczali jedną dzielnicę, na inne kładli ogień nękający.

W walce z powstańcami Niemcy zastosowali najbardziej barbarzyńskie metody, posługiwali się najcięższą artylerią, bombami zapalającymi i burzącymi. Podczas atakowania barykad gnali przed sobą mężczyzn, powyciąganych z pobliskich domów. Po zdobyciu jakiegoś domu, mordowali w nim wszystkich: żołnierzy i cywilów, zdrowych i rannych, dzieci i starców, kobiety i mężczyzn. Wypalali systematycznie cale ulice, burzyli systematycznie całe dzielnice. Przy ostrzeliwaniu miasta z artylerii wprowadzili Niemcy do akcji moździerze najcięższego kalibru. Świst lecącego pocisku, wystrzelonego z takiego moździerza, przypomina świst spadającej bomby półtonowej. Kilkupiętrowa kamienica trafiona takim pociskiem waliła się do samych piwnic, grzebiąc pod gruzami setki ludzi. Groźnym rodzajem broni była również niemiecka broń reaktywna, zwłaszcza w pierwszym okresie jej ,,funkcjonowania" (w Warszawie nadano jej nazwę „krowy" lub „szafy“). ,,Krowa“ pluła seriami — po sześć pocisków- naraz o wielkiej sile wybuchowej. Były również „krowy“ benzolowe, zapalające, te siały zamieszanie i panikę. Piwnice chroniły przed „krowami“ Najgroźniejsze było jednak lotnictwo. Naloty trwały do 30 minut. „Stuka“ pikował kilkakrotnie, zanim rzucił bombę. Przed bombą piwnica nie dawała żadnego schronienia, najwięcej ofiar pochłaniały naloty. Jeszcze w pierwszych dniach próbowano dogrzebywać się do zasypanych piwnic, później zaniechano tego, ponieważ była to często praca Syzyfowa.

W toku tej ciężkiej i bezwzględnej walki na śmierć, a nie życie, dowództwo AK pozostało wierne samemu sobie. Do końca nie zrezygnowało z monopolu na kierowanie powstaniem, do końca sabotowało wszelkie wysiłki Armii Ludowej, zmierzające do wyłonienia wspólnego dowództwa. W obliczu śmiertelnego wroga i śmiertelnego niebezpieczeństwa, sanacyjne dowództwo AK nadal kontynuowało swą klikową politykę. Wbrew niemu na barykadach i na odcinkach tworzyło się wspólne dowództwo. Często dochodziło do tego samorzutnie, często było to dowództwo jedno lub dwuosobowe. Obejmował je oficer, którego inicjatywa, osobista odwaga i samozaparcie wytrzymały próbę ulewnego ognia, oficer, który w ciężkich, krytycznych momentach nie tracił głowy, nie popadał w panikę. Coraz bardziej zacierały się różnice między żołnierzami AL i AK, między oficerami liniowymi AK i oficerami AL. Wszyscy byli powstańcami, wszyscy byli żołnierzami, jednako narażeni na śmierć i kalectwo. W surowej atmosferze walki ze wspólnym wrogiem, który nikogo nie oszczędzał, rodziło się braterstwo broni żołnierzy AL i żołnierzy AK. I nie mogło być inaczej, gdy trwało się razem po tej samej stronie barykady, gdy jedno skrzydło obsadzonego gmachu bronione było przez oddział AL, a drugie przez oddział AK. Podczas powstania w życiu politycznym Warszawy zachodziły również głębokie przeobrażenia. Trzeba przyznać, że wpływy delegatury emigracyjnego rządu w Londynie, a co za tym idzie i AK, były w mieście dość znaczne, zwłaszcza w środowisku drobnomieszczańskim. Ludzi z tego środowiska karmiono prasą reakcyjną, powtarzano im bezustannie, że nie wolno przedwcześnie rozpoczynać walki, że uprawianie sabotażu i dywersji leży w interesie Rosji Sowieckiej, a nie Polski, że musimy czekać na rozkaz Naczelnego Wodza, który będzie wiedział najlepiej, kiedy należy uderzyć na Niemców. Gdy wybuchło powstanie, ludzie ci wierzyli, że został wybrany najodpowiedniejszy moment, że nadchodzi chwila wyzwolenia. Pod koniec sierpnia przekonali się ostatecznie, że oszukano ich haniebnie, że skazano na beznadziejną i samotną walkę. Całe ich zaufanie do delegatury zwaliło się w gruzy, jak pięciopiętrowa kamienica pod obuchem półtonowej bomby.

Przypadkowo trafiłem kiedyś w piwnicy na scenę zbiorowego czytania „Biuletynu Informacyjnego“, oficjalnego organu dowództwa AK. Akurat jakaś kobieta odczytywała komunikat londyński twardym, chropowatym głosem; rząd polski w Londynie obradował nad sposobami przyjścia z pomocą Walczącej Warszawie. Dla usprawnienia prac w tym kierunku został wyłoniony specjalny komitet, w którego skład wszedł wicepremier, oraz tacy i tacy panowie... Wczoraj odbyły się nabożeństwa na intencję walczącej Warszawy (cytuję z pamięci). Gdy zamilkł twardy i chropowaty głos czytającej kobiety, wybuchła w piwnicy gwałtowna burza. Jak grad posypały się pytania: dlaczego tak późno, dlaczego dopiero radzą? Co oni myślą robić? Dlaczego nie porozumiewają się z Sowietami, zamiast radzić? Dlaczego ktoś z nich nie przyjedzie do Warszawy? Ludzie dlatego zareagowali tak gwałtownie, ponieważ treść komunikatu przyjęli jako osobistą obrazę. 

Nie tylko to, że zostało się oszukanym, wpędzonym w ślepy zaułek, decydowało o kurczeniu się i obumieraniu wpływów AK-owskich. Decydował przede wszystkim fakt, że powstanie było konfrontacją idei, programów i ludzi — historyczną konfrontacją obozu polskiej reakcji z obozem polskiej demokracji. W wyniku tej konfrontacji powstał szeroki prąd demokratyczny, skupiający wszystkie antyfaszystowskie stronnictwa, partie i grupy polityczne na platformie ideowej Krajowej Rady Narodowej. Chociaż dowództwo AK zostało izolowane od społeczeństwa, to jednak kierownictwo akcją powstania utrzymało do samego końca. Z wytkniętej przez siebie linii działania nie odstępowało ani na krok. Położenie Warszawy stawało się coraz cięższe, a dowódca sztabowy akowski nie podjął ani jednej próby nawiązania łączności z Armią Czerwoną, nie podjął nawet wówczas, gdy Praga została uwolniona od Niemców. Dopiero dzięki bezustannym wysiłkom ze strony dowództwa AL wysyłania kurierek przez linię frontów, udało się nawiązać łączność między Warszawą a prawym brzegiem Wisły. Bezpośrednim i szybkim rezultatem nawiązania łączności było udzielenie Warszawie konkretnej pomocy. Począwszy od dnia 13 września samoloty sowieckie noc w noc zrzucały nam broń, amunicję, żywność i środki opatrunkowe (nie zapomniano nawet o tytoniu).

Zrzuty wywołały wielki entuzjazm. Żołnierze jak dzieci cieszyli się sowieckimi automatami. Głód broni był tak wielki, że całe zasobniki z pistoletami automatycznymi znikały po oddziałach poza ewidencją. 18 września została nawiązana łączność radiowa między Warszawą a. prawym brzegiem Wisły, od 18 września Warszawa otrzymała osłonę artyleryjską i lotniczą. Ale i ta pomoc nie była w stanie odmienić losu Warszawy, nie mogła odwrócić koła historii. Po upadku Czerniakowa i Mokotowa dla powstańców walczących w Śródmieściu i Żoliborzu pozostała tylko jedna droga: przerwać pierścień wroga od strony Wisły, przeprawić się na Pragę i połączyć się z I-szą Armią Polską. Z tej drogi mógł korzystać w pierwszym rzędzie Żoliborz. Toteż gdy rozpoczął się skoncentrowany atak na nasze pozycje, żoliborskie dowództwo AL wysunęło plan, forsowania Wisły. Na nocnej odprawie oficerów akowskich plan ten został przyjęty. W ciągu kilku godzin uzgodniony został z dowództwem I-szej Armii Polskiej. Początek akcji wyznaczono na godzinę 8 wieczorem. Około 3 tysięcy ludzi miało się przeprawić na prawy brzeg Wisły, aby połączyć się z Wojskiem Polskim. Na godzinę przed rozpoczęciem przeprawy dowództwo AK na Żoliborzu skapitulowało. Rozkaz kapitulacyjny podpisany przez Bora przywiózł na Żoliborz zastępca akowskiego dowódcy Warszawy. Dowództwo AL nie złożyło broni i z oddziałem, od którego nie zostało odcięte, uderzyło w kierunku Wisły. Na Pragę dostało się 28 ludzi. W dwa dni później skapitulował hr. Komorowski-Bór, oddając się wraz ze swym sztabem do niewoli niemieckiej.

Antoni Ruszkiewicz

Odrodzenie,  tygodnik, 1944.10.22 nr 6-7