Pamiętnym w dziejach ruchu nowoczesnego na Kaszubach pozostaje dzień 1 września 1909 r., kiedy w Sopotach w willi ,,Quo vadis" garstka inteligencji kaszubskiej razem z gośćmi z wszystkich trzech zaborów po szerszej dyskusji umożliwiła założenie Spółki wydawniczej, która z d. 1 października 1909 objęła wydawnictwo ,,Gryfa", pisma dla spraw kaszubskich, wyraziciela dążeń młodokaszubskich l). Tak sprawa kaszubska weszła na nowe tory, zgodne z tradycją historyczną i interesami żywotnymi ludu kaszubskiego, z pięknym hasłem Derdowskieg: ,,Nima Kaszub bez Poloni, a bez Kaszub Polści".
Dr. Aleksander Majkowski
Ziemia. Tygodnik Krajoznawczy Ilustrowany.1911 R.2 nr22
03.06.1911
Pomorze w powstaniu styczniowym
Felieton ten wyszedł z pod pióra czcigodnego Mariana Dubieckiego, jedynego dziś już przy życiu pozostałego członka Rządu Narodowego, bezpośredniego towarzysza pracy dyktatora Romualda Traugutta.
Rok obecny, 1923, przypomina nam sześćdziesiątą rocznicę powstania styczniowego, które tak niezmiernie krwawo, tak ofiarnie, zapisało się na kartach dziejów naszych walk o niepodległość, w ciągu długiej doby porozbiorowej. Do najbardziej charakterystycznych znamion powstania styczniowego zaliczamy wielką ofiarność ówczesnego społeczeństwa, wielkie bezinteresowne poświęcenie się dla sprawy narodowej, co się spotykało u licznych jednostek i, wreszcie, rozszerzenie się tych walk na cały zabór rosyjski, aż do naj dalszych jego krańców na wschodzie.
Z innych dwóch zaborów, austriackiego i pruskiego, szły do szeregów ówczesnego powstania gromadki ludzi również z naj dalej ku południowi lub zachodowi położonych okolic... Szli synowie drobnego mieszczaństwa z ubożuchnych miasteczek podkarpackich. Szli ,,juhasy" z Podhala... Poronin, wieś pod Zakopanem, dał, jedenastu swych synów, z których żaden pod strzechę rodzinną nie wrócił; nawet nikt wieści nie przyniósł, gdzie ich kości spoczęły... Pamięć ich tylko przechowują rody góralskie Malacynów, Galiców, Durulów, Orawców... Dwory szlacheckie wielkopolskie zasilały powstanie styczniowe swą krwią i groszem; a na koniec, nie zabrakło wśród tej ciżby, co biegła, aby brać udział w tym wielce nierównym i ciężkim boju - dłoni kaszubskiej.
I Kaszubi udział wzięli w powstaniu styczniowym.. . Fakt ten uległ zapomnieniu. Podobnie jak u nas w ogóle zapomniano o Kaszubach, tak niemniej w otchłani niepamięci pogrzebano ów poryw synów Pomorza... Był on mały, krótkotrwały, ale o znamieniu bardzo ofiarnym. Zapominać o nim nie powinniśmy. Nie dziwimy się dotychczasowemu zapomnieniu.. Wszak i o morzu u nas zapomniano. Słuszniej nawet rzec wypada, iż o morzu już od wieków stale zapominano... Ku końcowi 16-go wieku górowało u nas zapatrywanie, iż Polska wszystko posiada; może sobie sama wystarczyć, może - jak się wyrażał Klonowicz - ,,zaniechać morskiej nawałności, gwoli żywności... może nie wiedzieć Polak, co to morze, gdy pilnie orze"...
I rzeczywiście, wbrew objawom życia innych ludów, które się zwykle cisnęły ku morzu, stroniliśmy od morskiej nawałności"... i to tak długo, tak wytrwale, tak uparcie, iż o tym lechickim szczepie, który zachował naszą mowę nad Bałtykiem o Kaszubach, zapomnieliśmy najzupełniej. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, ani z pożytku dla państwa z posiadania wybrzeży morskich, ani też z konieczności stania twardą stopą na tak ważnej dla kraju placówce. Że nasz ląd, z Wielkopolski ku północy wysunięty, nie został pozbawiony spójni z wybrzeżem Bałtyku, że od Poznania do Gdańska, do Helu, brzmi bez przerwy mowa nasza, że nie wszystko powódź germanizacji pochłonęła - zawdzięczamy przeważnie tej twardej jak krzemień ludności kaszubskiej. Ona stanowiła niejako klamrę spajającą północne kończyny Wielkopolski z pasem nadbrzeżnym Bałtyku.
Tej klamry nie zdołano przerwać, zniszczyć. Zdawało się, że już zupełnie zmiażdżona - pozostała wszakże. Jeszcze za Sobieskiego i po Sobieskim widzimy liczne na Pomorzu rody ziemiańskie, lecz od pierwszego rozbioru Polski zaczynają one tam znikać. Wyprzedają się, uciekają w głąb Polski... Pomorze dziwnie szybko wyludnia się, wyzbywa się żywiołu wyższej kultury. Rody od dawna zasiedziałe, jak Przebendowscy, Podoscy, Bronikowscy, Czapscy, Zabłoccy, Czarlińscy, Żniriscy, Wybiccy, opuścili swe dwory, odeszli. Inne wreszcie wygasły - jak Wejherowie - a drobiazg szlachecki bardzo skutecznie germanizował Fryderyk II. za pomocą szkoły wojskowej, do której zabierał synów zagonowej szlachty. Szybko oni w pruskich szeregach zatracali nie tylko, poczucie swej polskości, lecz i nazwiska swe, po ojcach odziedziczone, zmieniali, przekształcali. Pod niemiecką dziś nazwą Yorków ukrywają się potomkowie ubożuchnych, polskich Jarków... I o inne tego rodzaju przykłady przemian, zaprzaństwa nie trudno.
Podczas gdy górujące warstwy znikały, masa ludowa kaszubska pozostała na swej ziemi, na siedzibach praojcowskich. Pozostały i drobne zaścianki szlacheckie. Stróżowali na pomorskiej ziemi i jedni i drudzy, zachowując wiarę, język i obyczaj; stróżowali nieświadomi, iż spełniają zadanie dziejowe... Bez narodowego uświadomienia nie tylko zachowali swą narodowość, ale, zdarzało się, iż zagłuszali narodowość niemiecką osadników, sprowadzanych przez klasztory w ciągu wieków na Pomorze. Ku końcowi 18-go wieku, dziekan z nadmorskiego Swarzewa skarży, się. że dawniej na całej ,,Swarzewskiej Kępie" prawie wyłącznie po niemiecku mówiono, a z biegiem lat ,,niemieckość przez polskość wypartą została"... Cenne to świadectwo niezbitym dowodem, że Pomorzanie , twardy ten odłam szczepu lechickiego nie tylko starał się utrzymać na ziemi swych ojców, lecz nie poddając się wpływom obcym, umiał przybyszów wypierać nie silą pięści, ale swą odrębnością wyższą moralnie.
O tym wszystkim u nas nie wiedziano. I dziś mało się wie... Kaszubi stale byli zapominani, a nawet ich istnienie stało się mitem. Nie wierzono, iż są; nie wierzono, iż mowa polska brzmi nad Bałtykiem, owa stara gwara Pomorzan z czasów Krzywoustego, której nie podniesiono do godności języka literackiego. Wiedziano o gwarze górali tatrzańskich, o, kaszubskiej nie dochodziły wieści z głębi Polski, a jeżeli dochodziły, nie wywoływały silniejszych wrażeń w duszy ludu na Pomorzu... Niemniej jednak, gdy Florian Cejnowa, pisarz ludowy kaszubski, bierze udział w ruchu powstańczym polskim, w r. 1846, i napada na Starogard, spotykamy Kaszubów w jego szeregach. Był to fakt drobny. Liczba biorących udział W tej imprezie Cejnowy znikomą mienić się mogła, a wreszcie całe owo drobne wystąpienie w Starogardzie okryła niepamięć: pozostały tylko ślady w sądowych aktach pruskich... Pokolenie współczesne Cejnowie również o tej imprezie prędko zapomniało. Sam zaś Cejnowa, w późniejszych latach życia, zrywał stosunki z polskością, a marzył a jakieś Słowiańszczyźnie, mającej uwolnić Kaszubów z ucisku pruskiego.
Tak upłynęło lat kilkanaści. Wpływy narodowe polskie wcale nie dochodziły.
Marian Dubiecki
Gazeta Gdańska, 1923.05.03 nr 99
03.05.1923
Pieśń-frantówki ludu Pomorskiego
Chojnickie zegary smutne biją,
Bo mi odmawiają moją miłą,
Choć mi odmawiają nie smucę się,
Przyjdzie czas, godzina, ożenię się.
Ożeń się chłopaku wedle Boga,
Weź sobie dziewczynę, weź sobie jedynę,
a ci co równa,
U mego sąsiada jest mi równa,
Do mego majątku za uboga,
Bo moi rodzice to tacy sa,
Ze oni bogatą synową chcą.
Podała Salomea Marciniakówna z Chojnic.
Niwa Pomorska, 1927.03.27 nr 13
27.03.1927
Mirachowo Przed lat tysiącem
W samym sercu Kaszub, w uroczej okolicy, niby wieńcem opasana potężnymi lasami, leży niewielka wieś Mirachowo. Dzisiaj nie robi ona na pierwszy rzut oka bynajmniej wrażenia, owszem, jest sobie zwyczajna zapadłą wiosczyną. Obojętnie przechodzi wędrowiec koło starszych i nowszych domów, nic nie mówiących o tajemniczej przeszłości, spojrzy co najwyżej na niewielką kaplice pokrzyżacką, która jest jednym pozostałym zabytkiem historycznym. Pytając się ludzi starych, wprawdzie dużo ładnych i ciekawych rzeczy o Mirachowie opowiadają, nawet cały szereg zdarzeń i wydarzeń prawdziwych, podań i legend, ale wszystko pochodzi przeważnie z czasów nowszych, już rzadziej potrąca czasy krzyżackie, a to, co działo się przedtem, nikt nie dowie się z ust ludzi, choćby najstarszych.Niewiele więcej można się dowiedzieć z znanych dotychczas dokumentów i kronik, z wyjątkiem tego że za czasów Świętopełka (1220 - 1266) księcia pomorskiego, przeniesiony został sąd z Chmielna do Mirachowa. Więc czasy najstarsze, najciekawsze, to, jak wyglądało i co się w nim działo przed lat tysiącem, pokrywa wciąż jeszcze głęboka i tajemnicza mgła niepamięci.
A przecież, jak już sama nazwa wskazuje, jest Mirachowo jedną z najstarszych siedzib słowiańskich na Pomorzu. Mirachów bowiem, znaczy tyle co sędzia (mir = zgoda, pokój; Mirachów = zgodę chowający), a Mirachowo oznacza siedzibę sędziego. A ponieważ w onych zamierzchłych czasach, kiedy to ojcowie nasi jeszcze wiary Chrystusowej nie znali, władzę piastowali tylko kapłani - książęta (ksiądz i książę znaczyło to samo), zdaje się z tego wynikać, że Mirachowo nie tylko jest bardzo starym grodem, ale było nawet ongiś nieznaną siedzibą Książąt pomorskich. Przypuszczalnie to, nie mające na poparcie swoje, stało się już dzisiaj prawie że pewnikiem. Bo oto przed paru tygodniami odkryto miejsce oraz ślady jakiegoś starożytnego olbrzymiego zamku.
Stał on na jednej z dwóch, wysoko wznoszących się wysp mirachowskich, mianowicie na wyższej i większej, mniej więcej tam, gdzie się obecnie nadleśniczówka znajduje, ale nieco dalej na południowy zachód. Cała ta wyspa o rozmiarach około 1000 x 200 m. otoczoną była potężnymi murami i wystającymi na zewnątrz, wysokimi basztami. Ślady baszt, usypów, jak i wąskich przejść przez fosę, oraz miejsce mostu zwodzonego, można dzisiaj jeszcze z niewielką trudnością dostrzec. Dodać należy, że malutki dopływ Łeby, okalający to pozamkowisko i Nowy młyn, wbrew temu, że Słowianie nawet najmniejszej strudze nadawali odpowiednią nazwę, nie nosi takowej, ale zwie się w ustach ludu "Rów" co również poświadcza i wskazuje miejsce dawnego grodu.
Ktokolwiek będziesz na tym miejscu, puściwszy myślom i wyobraźniom swoim wodze na podstawie wyżej opisanych poszlaków, ujrzysz dziwy, rzeczy ciekawe, ujrzysz Mirachowo takie, jakim było przed lat tysiącem. Oto, stojąc na wysokiej baszcie potężnego grodu, daremnie szukać będziesz licznych chat, stojących dzisiaj na dole, bo na ich miejscu, obok drugiej lasem pokrytej wyspy, ujrzysz tylko falujące wody jeziora. Daremnie szukać będziesz okolicznych wiosek, bo wszędzie kędy spojrzysz, ujrzysz tylko lasy i lasy i bory dzikie, gęste, nie do przebycia, a hen daleko ponad nimi, samotne wieżyce sąsiednich grodów, Garcza i Kłęczyna. Poza tym me ujrzysz nic, prócz nieba, wód i lasów.
Wokoło cisza — i cisza na zamku. Słonce się chyli już ku zachodowi. Nagle zagrał róg tam kędyś w borach pod Kłęczynem — i odpowiedziano mu z baszt. Już słychać psów szczekanie, rżenie koni i hałas zbliżających się ludzi Zwodzono most, a na nim ukazują się jacyś rycerze na wspaniałych koniach, zbrojni w szerokie błyszczące miecze i długie dzidy. Wolno jada w pojedynką, wąską i stroma ścieżyną ku bramie zamkowe] na samym przedzie jakiś rycerz okazalszy i strojny, za mm jego towarzysze, a wreszcie jakieś postacie dziwne odziane w skóry dzikich zwierząt, zbrojne w łuki i pałki. Wiozą ubitą zwierzynę, jelenie, dziki i tury. Wjechali na zamek, trzasły wrzeciądze mostu i bramy — i znowu wokoło cisza, tylko na zamku gwarno, bo to książę wrócił z polowania.
Patrzysz, a wszystko co widzisz jest takie dziwne, niby obce, tajemnicze — i zamek i ludzie i zbroje i stroje... Wytężasz słuch — i ku wielkiemu twemu zdziwieniu słyszysz wyraźnie, że wszyscy oni mówią w twej ojczystej mowie, po kaszubsku — sam książę i rycerze i cały dwór możnego pana na Mirachowie.
Wszystko to niby bajka, a jednak jest prawdą. Któż się dowie o tych wszystkich ludziach, którzy tu żyli niegdyś, przed lat tysiącem! Czas zrobił swoje, dużo się zmieniło: jeziora ustąpiły, góry opadły, lasy wycięto, ale ten sam lud żyje dalej w pokoleniach, a może niejeden potomek onych rycerzy orze dzisiaj tę ziemię, kędy snem wiecznym śpią jego ojcowie.
A. L.
A. Labuda
Gryf Kaszubski : pismo dla ludu pomorskiego, 1931.11 nr 2
11.1931
(Zwyczaje i obyczaje na Kaszubach)
Kaszuba
zwykle umiera śmiercią naturalną - bez lekarza. Jeżeli go nie porwą
przedwcześnie żadne zaraźliwe choroby, jak tyfus ,albo cholera, dosięga
zwykle biblijnego wieku t. j. 70-80 lat. Śmiertelne wypadki małoletnich
lub dorastających dzieci w ostatnich czasach ogromnie się powiększyły.
Winę w tym wypadku ponoszą matki, które z wygody lub niedbalstwa same
nie karmią dzieci. Dziecko wykarmi się butelką, a potem zostawia się je
na łasce Boga. - Jeżeli ono nie ma natury końskiej, musi niestety
umrzeć. Każdy dobrze wie, jak wielkiej troski i czystości wymaga
chowanie dziecka flaszką. Młodym Kaszubkom od wieku 16-20 lat, nawet
najprymitywniejsze .przepisy higieny są ,obce. I co dlatego dziecko
wszystko nie łyka, to nawet zwierzę nie wytrzymałoby, skutki tegoż
oczywiście: biegunka i - śmierć.
Śmierć
nie jest przestrachem dla ludzi. Człowiek chętnie żyje, Kaszuba zapewne
też. Jeżeli jednak przeczuwa bliską śmierć, z .cichą rezygnacją poddaje
się .swemu losowi. Nawet nie zamierza oprzeć się temu. Panuje w tym
wypadku wiara, że każdy człowiek przez Błoga od urodzenia ma
przeznaczoną swoją godzinę śmierci. Skoro ona się zbliża, - niema
ratunku. Z tego wynika obojętność ludzka wobec rad i pomocy lekarza.
Wiara jest niewzruszona: ,,Jeżeli godzina przyszła, człowiek musi umrzeć
a jeżeli czas jeszcze się nie skończył, i bez lekarza wyzdrowieje !".
Ten silnie wypróbowany fatalizm, godzi naród z wszelkimi wypadkami losu.
,,Pan Bóg tak przeznaczył" - to jest ,odwieczne słowo pociechy dla
samego siebie. Dlatego i przy największym ubóstwie naród nie szemrze, ba
nawet jest szczęśliwy. Przy ciężkich chorobach zwykle najpierw
zawezwany zostanie kapłan, ażeby chorego na śmierć przygotować i
ostatnich sakramentów mu udzielić. Dopiero za namową kapłana zdecyduje
się chłop, ewentualnie lekarza zawezwać. Jeżeli jednak godzina śmierci
naprawdę się zbliża, gromadzą się wszyscy mieszkańcy wsi, przeważnie
kobiety, przy łóżku chorego. Choremu daje się do ręki święconą świecę,
tak zwaną gromnicę. Obecni odmawiają modlitwy dla konających, różaniec i
litanię do wszystkich świętych. Po zgonie zamyka się zmarłemu oczy,
pokrapia ciało święconą wodą, kładzie na twardą deskę i stawia do
chłodnej izby. - Następnego dnia kładzie się go do trumny, która dla
starszych winna być czarna, dla dzieci żółta.
Zmarłego
ubiera się w odświętne ubranie, w skrzyżowane ręce daje się różaniec
lub - jeżeli umilał czytać - książkę do nabożeństwa. Czwartego dnia po
śmierci odbywa się pogrzeb. Podczas ostatnich dwóch nocy odbywa się tak
zwana ,,pusta noc" t. j.. czuwanie przy zmarłym.. Trumna z
nieboszczykiem stoi na środku izby, z obu stron palą się świece. Ludzie
siedzą lub klęczą koło mar, .odmawiając modlitwy dla zmarłych lub
śpiewając pogrzebowe piosenki kościelne. O godzinie 1-szej w nocy, w
zamożnych ,domach ugości się ludzi kawą, chlebem, bułkami, a nawet
winem. Około godziny 3-ciej w nocy dopiero ludzie się rozchodzą.
Ostatnia pusta noc trwa do samego rana. W całej parafii, która zazwyczaj
obejmuje obszar dwóch do trzech mil, jest zwykle tylko jeden cmentarz
koło kościoła farnego. Zmarłego często milami trzeba odwieźć ,do miejsca
wiecznego spoczynku. Ponieważ pogrzeby zwykle przed południem się
odbywają, już wczesnym rankiem trzeba wyruszyć z domu, ażeby na czas
dojść do kościoła i na cmentarz. Przeważnie cała wieś towarzyszy
zmarłemu na cmentarz. Śpiewacy idą za trumną i śpiewają. Reszta
pozostałych gości towarzyszy w powozach.
Uroczystość
pogrzebowa odbywa się zawsze z wielką pompą. Nawet najuboższy człowiek
nie skąpi wydatków na ten cel. Zmarły winien przynajmniej być ustawionym
na marach w kościele i kapłan odprawia za spokój jego duszy mszę
świętą. Jeżeli umrze ktoś z ludzi zamożniejszych, kapłan przychodzi
razem z organistą i tragarzami, z chorągwiami kościelnymi przed samą
wioskę i prowadzi nieboszczyka i cały orszak pogrzebowy do kościoła
przed ołtarz. Odśpiewuje się wigilie i odprawia się mszę świętą.
Nabożeństwo trwa kilka godzin. Z uderzeniem dzwonu wynosi się trumnę z
kościoła i grzebie na cmentarzu. Takie uroczystości pogrzebowe zawsze
kosztują pozostałych dużo pieniędzy, pomimo to po pogrzebie wszyscy
udają się do karczmy na ucztę. I dość drastycznie określa lud taką
okoliczność ,,trzeba skórkę przepić!" - ,,na te smutki napijemy se
wódki!".
*) Podług E. S. Gulgowskiego: ,,Von einem unbekannten Volke in Deutschland" (str. 220 - 223).
Od Naszego Morza 1931, R. 3, nr 21
07.11.1931
CZARY I ZABOBONY
Człowiek nowoczesny posiada niespokojną psychikę. — Nie tylko wybiega wynalazkami i pracą myśli w przyszłość, lecz równocześnie z uporem głębokim wciska się w tajniki przeszłości. — Odczytuje stare pisma, odgrzebuje ślady miast dawno zaginionych, wyciąga mocą techniki zatopione statki, rekonstruuje budowle zawalone i zniekształcone. — Chce wiedzieć co było i jak było, oraz chce przedrzeć zasłonę tego co będzie. Stare mury, stare wieże, to świadki przeszłości, stare rękopisy to żywe protokoły tych zdarzeń, które obok nich, czy w ich wnętrzu miały miejsce. Nasze mury chojnickie oraz resztki wież też nasuwają nam wiele przypuszczeń co do ich celu, czy przeznaczenia, a nazwy niektórych zniewalają do poszukiwania w, starych kronikach miasta ich historii. Taką ponurą historię mieści w sobie nazwa „Wieża czarownic". Takie „wieże czarownic" spotyka się w wielu miastach na zachodzie. — U nas w Polsce też w wielu starych miastach znajdują się i wieże i izby tortur. W Chojnicach miały władze miejskie więzienie dla czarownic najpierw w nieistniejącej już dzisiaj baszcie pomiędzy bramą Gdańską, a ulicą Augustyńską, prawdopodobnie u wylotu wąskiej uliczki biegnącej od ul. Gdańskiej, naprzeciw ogródka jordanowskiego, a później w wieży, która stoi do dzisiaj (choć mocno podniszczona) pomiędzy brama Człuchowską, nieistniejącą dzisiaj t. zw. „Wodna" u wylotu ul. Młyńskiej, w miejscu, gdzie dziś schodzi się ku ul. Mickiewicza. Wiara w czarownice i w ich praktyki istniała na całym zachodzie europejskim a ta wiara w możliwości uprawiania przez nie „praktyk" szkodzących, bliźnim stała się przyczyną wielu niesprawiedliwości.
W starych zapiskach miejskich w Chojnicach znajdujemy szereg wiadomości o traceniu owych czarownic. I talk w r. 1600 oskarżono jakąś kobietę o sztuki czarownicze czynione z hostią. Skazano, ją na wypędzenie z miasta z uwiązanymi do szyi kamieniami. W r. 1604 zaskarżono jakąś wdowę o przygotowanie napoju. Została ona obita rózgami za karę, a kara śmierci minęła ją tylko dlatego, że sztuczki jej nie wywołały szkodliwych dla bliźnich następstw. Panował także zabobon, że przedmioty ukradzione z pod szubienicy przynoszą szczęście. Tu mają źródło, procesy o kradzieże tychże. Kradzieży sznura z szubienicy dopuścił się Jakób Wolandt z Charzyków (Müskendorf) w, 1620 r. i odsprzedał je browarom jako cudowny środek na wywołanie większego pokupu piwa. Osądzony znalazł śmierć właśnie na tej szubienicy która miała dostarczyć owego cudownego talizmanu. Z r. 1623 istnieją protokoły procesów o czarownictwo, przeciwko, słudze miasta Piotrowi Splittstösser, jego żonie Barbarze, synowi Jerzemu, parobkowi Wawrzynowi Lewin. Wielki ten proces dostarcza ciekawych wiadomości o wierzeniach w maskotki mające wyobrażać złego ducha, z którym obcują, można było spowodować chorobę drugiego, lub szkodzić bydłu, lub t. p. Tak została posądzona żona służącego miejskiego. Splittstössera Barbara o zadanie choroby dzierżawcy pachciarzowi Worlehow przy pomocy wywołanego złego ducha. Doniósł o tym Worlehowi parobek Splittstössera Lewin Wawrzyn. Lewin początkowo odwołał przed sądem swoje doniesienie Worlemanowi i twierdził, że uczynił je jedynie z zemsty.
Wzięty na tortury począł opowiadać niesłychane bzdury mianowicie, że sam przed 20 laty jakiegoś ducha miał kupić od starej żebraczki, że to ów zły duch pobudził go do tego, by doniósł na Barbarę do Worlemana o rzekomej zemście przez tę na nim wykonanej. Opowiadał też o różnych formach obcowania z tymi złymi duchami, o wyjazdach na noce czarownic na jakąś górę „Blocksberg“ koło Człuchowa, o tańcach po rozpiętych linach i jazdach na miotle. Tymi zeznaniami obciążył nie tylko Barbarę, ale także bardzo poważnie siebie. Oboje też .ponieśli okrutną karę. Piotrowi najpierw za krzywdy wyrządzone ucięto 2 palce u ręki, potem obwożono go dookoła rynku miejskiego, potem rozżarzonymi obcęgami rwano mu ciało po kawałku, na końcu poćwiartowano całego. Głowę obciętą umieszczono na słupie i wystawiono na widok publiczny. Nawet syna jego Jerzego, choć w aktach niema opisanego dowodu winy tegoż skazano, jako wspólnika na ścięcie mieczem. Kara lekka spotkała go dlatego, że był małoletni w czasie popełniania tych zło czynów ojca, Barbarę Splittstösser i parobka Lewina po karach torturowych, przeraźliwych okrzykach, po odczytaniu trzykrotnym wyroku wywieziono za miasto i tam spalono. Zeznania Barbary na torturach pociągnęły jeszcze jedną ofiarę. — Obwinioną przez nią i wskazaną jako czarownicę Annę Czabels, wypędzono zagranicę. Oczywiście w świetle dzisiejszych badań te sprawy przedstawiają się nam jako wielka niesprawiedliwość, wyrządzona tym ludziom. Rzekome przyznanie się do win, które popełniono być nie mogły, zostały wymuszone.
Możemy stwierdzić jak straszne były tortury, które takie wyznania wymuszały, i na tym opierały swoją sprawiedliwość tak okrutnie wymierzoną. Jednak już wśród Współczesnych byli ludzie o głębokim humanitaryzmie, którzy z wiara w zabobony i czarownictwo wałczyli. W roku 1631 ks. Jezuita Fryderyk von Spee wydał książkę p. t. „Centio criminalis seu de processibus Contra jagas" (odpowiedzialność kryminalna czyli o procesach przeciw czarownicom) gdzie wskazywał na niesprawiedliwości popełniane w tych sprawach. Wiara w te rzeczy była za silna, by jedna książka o szlachetnej tendencji mogła ją wykorzenić to też procesy nie ustały bynajmniej, odbywały się dalej. I tak notują akta, że w r. 1667 wiele kobiet spotkała śmierć za czary. Widocznie i same kobiety wierzyły w te praktyki i uprawiały je, skoro akt notuje przed rokiem 1692, że czarownica pewna sama spowiadała się z tego u Jezuity. Tamże jest wiadomość z 1721, albo 1722 i że znalazł się człowiek, który swoją duszę zapisał krwią diabłu, albo widocznie rozmyślił się i pismo spalił. Może to spalenie było także aktem, należącym do czarów. Ta sprawa przedstawia się niewyraźnie. Wiara w złe duchy i ich działanie szkodliwe wywoływała potrzeby stosowania egzorcyzmów. Tu widzimy ciekawy wypadek. Szklarze chojniccy w 1740 r. zwracają się z prośbą o egzorcyzmy do ks. ks. Jezuitów przeciwko diabłu, który ma rzekomo szkodzić ich interesom. Szklarze ci wstydzą się tego, bo są protestantami, ale nie mają zaufania do swego kaznodziei, bo twierdzą, że tak dobrze nie rozumie egzorcyzmów. Ciekawe te wypadki i smutne ich następstwa są wymownym dowodem ciemnoty tych czasów. Oświata nie tylko zniszczyła nierozsądne wierzenia, ale zbudowała fundament pod pojęcia rzetelnego humanitaryzmu w wymiarze sprawiedliwości.
Źródło; Goedtke — Gedenkbucb 1756/62.
Maria Matysiakowa
Zabory : stały dodatek regjonalny wychodzący raz w miesiącu 1935 marzec, R. 1, nr 3
03.1935
MONOGRAFIA KASZUBSKIEJ PIEŚNI ZMOWINOWEJ
Regionalizm
coraz więcej zdobywa dla siebie zainteresowania. Świat naukowy żywo
zajmuje się kultem regionalnym czasów zamierzchłych, w czym dziedzina
muzyczna poszczycić się może poczesnym miejscem. Również i nasz okręg
kaszubski okazuje się właśnie pod tym względem bogatym terenem, dającym
licznym folklorystom obfite i wdzięczne pole pracy.
Na
czoło tych zasłużonych działaczy na naszych ziemiach wysunął się Dr.
Łucjan Kamieński, profesor muzykologii i kierownik instytutu
muzykologicznego przy uniwersytecie poznańskim, który już od dłuższego
czasu zbiera i bada pieśni ludowe na terytorium Polski. W r. 1932 wybrał
się prof. Kamieński w tym celu także na Kaszuby, gdzie zwłaszcza na
południowym ich pograniczu, w Gochach i Zaborach praca jego uwieńczona
została bardzo obfitym plonem. Wielki zbiór, niejednokrotnie bardzo mało
znanych, więc od zagłady uratowanych pieśni ludu Kaszubskiego, znajduje
się w przygotowaniu do druku w Instytucie Bałtyckim.
Będąc
obok wytrawnego zbieracza doskonałym badaczem i znawcą, zwyczajów i
pieśni ludowych, prof. Kamieński wydał w tych dniach drukiem Monografię
jednej z zebranych pieśni: „Murawiec“, używanej jako śpiewu zmówinowego
na ziemi zaborskiej, szczególnie w okolicach jeziora wdzydzkiego. Autor,
trzymając w parze stronę tekstu z stroną muzyczną, dzieli pracę swą na
dwie zasadnicze części i wyczerpująco analizuje biologię „Murawca“.
Pieśń ta, używana na Zaborach do dziś przy okazji swatania czyli „z
mówin,
odznacza się swą oryginalnością i posiada słowa jak i melodię o cechach
starożytnych. Pierwsza zwrotka zapowiada zjawienie się murawca (kuczer,
woźnica) z swym bratem i panem młodym, druga i trzecia omawia przyjęcie
ich w domu „pani matki“, a czwarta od nosi się do, pożegnania gości.
Autor
przytacza bogaty materiał porównawczy, na podstawie którego dochodzi do
ciekawych wniosków: widzi w dawnych czasach, nawet przedhistorycznych,
zależność interwali melodii od, wówczas używanych instrumentów
muzycznych, wraca do najprymitywniejszej lubazuny, jeszcze dziś będącej w
Szwecji w użytku w formie wielkiej trąby drewnianej. Bazuna od niewielu
dopiero lat wyszła z powszechnego użytku na Kaszubach. Monografią
„Murawca“ prof. Kamieński odchylił zasłonę nieznanej nam dotąd kwestii
życiowej jednej z naszych pięknych pieśni ludowych, będących prawdziwym
skarbem regionu kaszubskiego.
Oto tekst „Murawca“:
1. :Hej pani matko,:
jado do nas gosce!
Idz corko. wijrzij,:
na czym oni jado?
Murawjec na biku,
jego brat na wilku,
a ten najmilejszi
na jednim końiku.
2. :Hej pańi matko:
gdźe ońi będó śedzec?
Murawjec na ławje,
jego brat pod ławo,
a ten najmilejszi
na jednim kubełku
3. :Hej pańi matko:
co óńi będó jedli?
Murawjec marchewka
jego brat polewka,
a ten najmilejszi
smacznó pjeczóneczka.
3. :Hej pańi matko:
otjeżdżajo gosce!
:Idz corko w lijrzij:
Jak są óńi pokłońo?
Murawjec czapka zdjó
jego brat nakichnó,
a ten najmilejszi
ładńe sę pokłońeł
Franciszek Gierszewski
Zabory, Dodatek Dziennika i Ludu Pomorskiego, poświęcony sprawom Ziemi Zaborskiej, 1935.08 nr 8
08.1935
Pochodzenie nazwy „Kaszuba"
Północną część Pomorza, obejmującą cztery powiaty: chojnicki, kościerski, kartuski i morski, nazwano Kaszubami. Wyraz ten nie posiada dzisiaj znaczenia czysto administracyjnego, lecz ma tylko znaczenie lokalno-geograficzne, językowe i etniczno-kulturalne. Z nazwą „Kaszuby" spotykamy się także w literaturze staro-polskiej. Wystarczy przytoczyć choćby słowa W. Kochowskiego (ur. 1633 - 16 9 9 r.): Gbur, Żyd i Cygan i Kaszuba gruby Zna pokój luby. Powszechnie znane też było przysłowie: „Uparty, jak Kaszuba". Wynika z powyższego, że nazwa ta nosi barwę niechętną dla Kaszubów, oznaczającą pewne prostactwo. Podobnie określają Kaszubów Niemcy, jak to wskazuje Lorentz. Zresztą jesteśmy sam i świadkami, gdyż pamiętamy czasy zaborcze, kiedy to Prusak nazywał nas „dumme Kaschuben", a osławiony Bismarck porównywał mowę kaszubską do wycia wilków. Niektórzy kaszubscy pisarze, wśród nich Ceynowa, głosili, że „Kaszubi jest to nasze przezwisko". Inni jeszcze wywodzili pochodzenie nazwy od długiego płaszcza, zwanego Huba. Stąd wyraz ten składał się z dwóch części „Kasz — huby" = zarzucić płaszcz i to tłumaczenie zyskuje u nas wielką popularność.
Rozpatrując zagadnienie powstania nazwy ze stanowiska historycznego, dochodzimy do zupełnie innych rezultatów. Otóż trzeba stwierdzić, iż od zarania dziejów polskich na połaci ziemi, zamieszkiwanej dzisiaj przez Kaszubów, spotykamy się tylko z określeniem „Pomoriska" (zemja), w Pomorsce. W dokumentach książąt gdańskich figuruje tylko nazwa „Pomerania", względnie „Pomerania", określająca ich posiadłości. (Dokument erekcyjny, klasztoru oliwskiego z 18 marca 1178). Zatem nazwa ta w Polsce jest zupełnie nieznana. Tymczasem w dokumentach książąt Pomorza szczecińskiego występuje określenie „Cassubia". Książę szczeciński Barnim I (1253—1278) i Warcisław III (r. 1259) zwą się „duces Slanorum seu Cassubarum ". Również Świętopełk gdański zwie Meklenburgię Kaszubją. Zachowana pieczęć Barnima I nosi napis „dux Slanorum et Cassubie". Bogusław IV tytułuje się stale „dux Slanorum. Cassubie et Pomeranie (sive Pomeranorum ). Na podstawie dokumentów znane są trzy określenia:
1) Pomerania superior (Gdańsk, Świecie, Tczew, Belgard nad Łebą);
2) Pomerania inferior (Słupsk, Sławno, Raciąż, Szczytno);
3) na zachód zaś: „Cassubia".
Można by w tedy przyjąć, iż Kaszubi, jako jeden ze szczepów pomorskich, mieszkali na Zachodzie, za Odrą, może nawet w Meklemburgii. Stolica bowiem tej ziemi Bielgard nad Persantą leżała właśnie na ziemi kaszubskiej (in Cassubia) dla odróżnienia Bielgardu nad Łebą (in Pomerania). Po tych wywodach należy jeszcze wyjaśnić, skąd się wzięli Kaszubi na Pomorzu gdańskim. Wiemy, że w wieku XIII zapanowała na Pomorzu zaodrzańska germanizacja Słowian. Książęta zaodrzańscy, ulegający Niemcom, pozwalali na swych ziemiach panoszyć się żywiołom niemieckim tak dalece, iż ludność lechicka zmuszona była uciekać do Polski, udając się do ziem naszego Pomorza. Z dokumentów meklenburskich wynika, że najeźdźcy nawet usuwali tamtejszą ludność gwałtem, by ustąpić miejsca kolonistom niemieckim. Wyrzucona w ten sposób ludność osiedliła się w pobliżu swych ziem, by pomścić swą krzywdę. Nie może ulegać wątpliwości, że część ich poszła nawet dalej na wschód, nadając ziemi, położonej nad Wisłą swą nazwę, która na Pomorzu gdańskim zjawia się dopiero w XV wieku. Zatem dzisiejsza nazwa Kaszub jest obca dla naszego terytorium, a narodzin jej szukać należy za Odrą. Stąd też nie wolno rozumieć przez miano Kaszubów jakiegoś drugorzędnego określenia, będącego wynikiem tylko nieświadomości naszych dziejów, ale nazwa ta zawiera w sobie pojęcie wzniosłe i chlubne, mówiące o zwycięstwie, odniesionym w walce z niemczyzną.
Kaszuby, dodatek regjonalny Gazety Kartuskiej poświęcony sprawom Ziemi Kaszubskiej, 1936, nr 3
21.03.1936
Kamienny topór spod wzgórz Radłowa
Schodząc z podgórza Radłowa ku Orłowu drożyną, dla wozów trudną, dochodzimy przy końcu ornej roli do miejsca, w którym odłącza się na lewo od drożyny ścieżka, prowadząca nas wpierw przez lekkie trawiste zagłębienie, a później przy końcu przez las na porosłe krzakami morskie wybrzeże. Idąc nim ku Gdyni, zachodzimy zaraz poza jego lewym krańcem wąskie ujście jednego z radłowskich jarów, a przed nim kawał piaszczystego wybrzeża; z fal wystaje potężny kamień. Otóż tu taj podniosła z piasku w 1921 r. siedmioletnia dziewczynka dziwny kamień kształtu toporka, gładki aż lśniący, na jednym końcu z wyżłobionym na wylot okrągłym otworem, z odtrąconą w tym miejscu częścią. Kamień, jak gdyby dopiero co utoczony czy ulany z nieznanego materiału, jak gdyby rzecz zupełnie nowa, jedynie niestety uszkodzona. Dziewczynka przybiegła, przynosząc go z zapytaniem : „Co to takiego?" „Ależ to ty ciekawą rzecz znalazłaś! — topór to z bardzo dawnych czasów, przedhistorycznych. Najmniej lat tysiąc tu przeleżał! Wygładziły go tak i wypieściły fale, osypując piaskiem i polewając wodą. Może to z wszystkich podobnych mu toporków jedyny w takim znaleziony miejscu, w morskim piasku tuż przy falach morza!"
Oglądał go też u właściciela w Poznaniu uczony i odrysował. W muzeum poznańskim toporka o tak pięknym kształcie nie ma. Skąd jednak on tam właśnie się znalazł? Stefan Żeromski opisuje w „Wietrze od morza" napad Skandynawów, Normanów, którzy przepłynęli swymi dużymi łodziami pod oksywski przylądek na grodzisko, położone na oksywskim wzgórzu. Na radłowskich wzgórzach znajdowano przedhistoryczne groby, a w nich ciekawe twarzowe urny. Stała tam prawdopodobnie i gontyna, świątynia pogańska z prześlicznym widokiem na morze! Było też tam w takim obronnym położeniu zapewne i grodzisko z załogą. Pod wzgórze podpłynęli zbrojni ludzie obcy, może zza morza i wylądowali przy ujściu jaru, aby zdobyć grodziszcze i złupić. Część załogi broniła więc już tam w dole, przy dostępie do jaru, swej ziemi. Pękł w walce topór, potrzaskał się. Piasek przymorski przytulii go i przechował do dzisiaj. Spełnia teraz zadanie przycisku do listów!
Bernard Chrzanowski
Kaszuby, dodatek regjonalny Gazety Kartuskiej poświęcony sprawom Ziemi Kaszubskiej, 1937, nr 2
20.02.1937
Pobyt wojsk napoleońskich na Kaszubach
w podaniach ludowych
Ze źródeł historycznych mamy dość pewne wiadomości o pobycie wojsk napoleońskich na Kaszubach. Wiemy z całą pewnością, że przechodziły tędy kilkakrotnie kolumny wielkiej armii francuskiej, ciągnącej do Gdańska (1807 r.) i do Rosji (1812), a potem powracającej do Francji po klęsce z Rosją w latach 1812—13. Szlaki przemarszu tych oddziałów są w przeważnej części znane. Z okresu wojen napoleońskich najwięcej posiadamy wiadomości o samym Gdańsku. Wojska francuskie zdobyły to miasto w roku 1807 po dłuższym oblężeniu. Na mocy układu w Tylży Gdańsk w raz z pewnym obszarem został odłączony od Kaszub, które zostały pod panowaniem pruskim i ustanowiony wolnym miastem . Nad bezpieczeństwem jego czuwała załoga francuska. W roku 1812, przed wybuchem wojny Napoleona z Rosją, Gdańsk stał się głównym oparciem dla wielkiej armii francuskiej. Tu przygotowywano się do dalekiej wyprawy n a wschód, tu uzupełniano zapasy broni, amunicji i żywności. Dnia 7 czerwca 1812 r. przybył do Gdańska sam Napoleon dla zbadania przygotowań wojennych. W lecie tego roku przez Gdańsk przeszły długie szeregi wojsk napoleońskich, razem coś 8000 żołnierzy. To są fakty historyczne. Z pobytem wojsk napoleońskich na Kaszubach łączy się wiele legend i podań, które w wyobraźni ludu przechowały się w formie niezmienionej do czasów dzisiejszych. Mówią one o bitwach staczanych z Prusakami, walecznych żołnierzach, grobach, miejscach postoju wojsk i obozach, zakopanych i zatopionych kasach wojennych i różnych. skarbach, wreszcie o miejscach kwater i odpoczynku samego cesarza Napoleona. Niektóre z tych klechd zawierają dużo prawdy historycznej. W niniejszym artykule podaję małą tylko wiązankę podań, obracających się około miejscowości, mających jakikolwiek związek z pobytem historycznym i legendarnym wojsk napoleońskich.
W Kamionce utrzymuje się po dziś dzień tradycja, że na lodach pobliskiego jeziora doszło do potyczki pomiędzy Francuzami Prusakami. Wspomina o niej ks. Damroth (Czesław Lubiński) w swych „Szkicach z ziemi i historii P rus Królewskich", wydanych w roku 1886, przy czym zaznacza. że potyczkę tę pamiętają jeszcze starzy ludzie (słyszał o tym widocznie podczas swej wędrówki po Kaszubskiej Szwajcarii). W końcu ks. Damroth dodaje od siebie, że opowiadanie to ma dużo cech prawdopodobieństwa. Terenem bitw y francusko-niemieckiej były również okolice Warzna, wsi, położonej w powiecie kartuskim . Według podania, walki miały się toczyć na dwu pagórkach, znajdujących się na południe od wioski. Piasek został wówczas obficie zbroczony krwią poległych tam żołnierzy i to aż do tego stopnia, że przybrał barwę czerwoną ¹). Na powierzchni już go nie widać, bo ziemia jest gruntownie przeorana, lecz gdy się głębiej kopie, to się go jeszcze znajduje. Bitwa pod Warznem rzeczywiście miała miejsce, ale nie rozegrała się ona na pagórkach, jak mówi podanie, lecz na innym miejscu, a mianowicie na równinie, koło pagórków. Zwłoki poległych żołnierzy pochowano po bitwie na górzystym terenie o zabarwieniu czerwonym. ślady cmentarzyska znaleziono tam przed mniej więcej 70 laty. Wydobyto wówczas strzępy wojskowych mundurów z czerwonego i modrego sukna. W roku 1917 podczas poszukiwań za bronią, przeprowadzonych za zgodą ówczesnego właściciela roli, znaleziono na tym samym miejscu dość głęboko w ziemi kości ludzkie i resztki zardzewiałej broni.
W okolicy Nakli, tuż nad granicą polsko-niemiecką (pow. kartuski), na kilka lat przed wybuchem wojny światowej robotnicy, zatrudnieni przy budowie szosy, znaleźli na skrzyżowaniu dróg wiodących do Lipusza, Nakli, Zdrojów i Sylczna, szereg grobów z okresu wojen francuskich. W jednym z grobów znajdowała się obok ludzkiego szkieletu dobrze utrzymana szabla. Starzy ludzie powiadają, że zostali tu pochowani żołnierze francuscy, którzy zmarli podczas przemarszu przez Naklę. Możliwe, że i tu rozegrała się jakaś bitwa albo i inna bliżej nieznana tragedia. W powiecie kościerskim główne walki toczyły się w okolicy Skarszew ²). W lutym 1807 r. Skarszewy wespół z Miłobądzem i Tczewem tworzyły linię demarkacyjną armii pruskiej, na której koncentrowały się jej główne siły, aby stąd uderzyć na francuską dywizję generała Menarda, idącą naprzeciw wojskom polskim pod dowództwem generała Dąbrowskiego ³). Na tym to odcinku dochodziło często do utarczek. O Skarszewach jako punkcie koncentracji wojsk niemieckich i terenie walk wspomina nawet Żeromski w „Popiołach" przy pochodzie armii francusko-polskiej „ku morzu". Poległych pod Skarszewami żołnierzy francuskich pochowano za miastem przy drodze do Więcków. Groby ich zachowały się do dziś dnia.
Między Więckowami a Junkrowami w pow. kościerskim wznosi się niezbyt wysoka góra, zwana „Panieńską". Jak głosi podanie, góra ta była dawniej niezalesiona i dopiero w skutek zaniedbania pokryła się lasem. U jej podnóża rosły piękne, okazałe buki, tak wielkie, że „aż strach było na nie patrzeć". Zdawało się ludziom, że rosnąć tam będą wiecznie. Ale oto nadeszła wojna francuska 1806/7 r., niosąca za sobą śmierć i zniszczenie. Wówczas to cały las, obejmujący około 12 małych włók, wycięty został dosłownie „w pień". Pozostało tylko wolne pole z nisko sterczącymi pniakami, które rząd pruski w jakiś czas później przeznaczył na parcelację ⁴). Inne opowiadanie dotyczy góry pod Iłownicą nazwanej przez okoliczną, ludność na pamiątkę przemarszu wojsk napoleońskich, „Górą Francuską“. Francuzi, cofając się w roku 1813 po klęsce z Rosją, stoczyli tu — według wersji, krążących wśród ludu — potyczkę z Moskalami. Świadczą o tym znalezione na górze groby z kośćmi ludzkimi.
O Kościerzynie samej niewiele mamy wiadomości. Wiemy tylko tyle, że przechodziły tamtędy przed zdobyciem Gdańska różne oddziały wojsk francuskich. Kościerzyna, zdaje się, nie była widownią żadnych walk. Bardzo rozpowszechnione są na Kaszubach podania o francuskich kasach wojennych. Niektóre z tych kas zostały podobno zakopane, inne znowu zatopione w jeziorach i stawach. Przytaczam kilka takich podań. O jeziorze pod Kczewem (pow. kartuski) lud opowiada, że znajduje się tam żelazna skrzynia ze złotem. Wrzucili ją do tego jeziora Francuzi w czasie odwrotu po klęsce z Rosją, nie chcąc, aby dostała się ona w ręce nieprzyjaciół. Na kasę tę natrafiono przed kilkudziesięciu laty, gdy szukano zwłok rybaka, który utonął wraz z łodzią w czasie szalejącej na jeziorze burzy. Kasa była tak ciężka, że nie zdołano jej wydobyć. Według innego podania na polu w pobliżu Kczewa trzech francuskich furierów zakopało kasę wojenną w zaroślach. Miejsce, w którym zakopana została kasa, oznaczono naokoło kamieniami. Furierzy uczynili to widocznie w przeświadczeniu, że niebawem wrócą do Kczewa znowu, aby wykopać skarb i zabrać go do Francji. Żołnierze ci wkrótce zmarli. Ostatni z nich przed śmiercią zdradził tajemnicę pewnemu Anglikowi, który przed laty w celu wydobycia ukrytego skarbu przybył do Kczewa w towarzystwie kilku osób. Na kasę natrafiono, jednakże nic w niej nie znaleziono. Uszkodzone i otwarte wieko wskazywało, że ktoś inny wtajemniczony zdołał uprzednio zawartość jej wybrać.
Po rozgromieniu armii Napoleona jeden z cofających się oddziałów francuskich przechodził przez Starą Kiszewę (pow. kościerski). Francuzi wieźli ze sobą kasę wojenną, wypełnioną po brzegi dukatami. Obawiając się, żeby im Prusacy jej nie odebrali, zakopali ją na dziedzińcu zamku kiszewskiego. Po wojnie przyjechało po tę kasę kilku oficerów francuskich, zaopatrzonych w legitymacje swego i pruskiego rządu. Lecz ówczesny dziedzic, właściciel owego zamku, nie zgodził się na przeprowadzenie poszukiwań na terenie zamkowym, mimo, że bardzo go o to proszono. Nie pomogły żadne obietnice (przybysze chcieli dać dziedzicowi ⅓ zakopanej sumy). Francuzi, widząc. że zabiegi ich nie odniosą żadnego skutku, opuścili wioskę. Po ich odjeździe z nakazu właściciela zamku przekopano całe podwórze wzdłuż i wszerz do głębokości półtora metra, ale nic nie znaleziono. Co się stało ze skarbem, nie wiadomo. Przez Zawory przechodzić miała część armii napoleońskiej, idącej ku Moskwie. Zbliżająca się do Zawór armia napotkała na nieprzewidzianą przeszkodę w postaci bagien, rozciągających się między Zaworami a Chmielnem. Dowódca armii, nie mogąc przeprawić swego wojska, a nie chcąc się cofać, rzekomo polecił usypać przez bagna drogę, którą zbudowano przy pomocy miejscowej ludności. Do budowy użyto drzewa z okolicznego lasu, a ziemię wzięto z Góry Tamowej. Po ukończeniu pracy Francuzi zwinęli obóz i pomaszerowali w stronę Gdańska
Po raz drugi przez Zawory przechodzili Francuzi w sile jednego oddziału w pół roku później, gdy cofali się po klęsce z Rosją. Głód i choroby oraz panujące w tym czasie iście syberyjskie mrozy oddział ten zdziesiątkowały niemal całkowicie. Do Francji dotarły tylko niedobitki. Zmarłych w okolicy Zawór żołnierzy pochowano na małym pagórku obok drogi do Chmielna i Grzebieńca. Ciekawą pamiątkę z okresu wojen napoleońskich posiada Gdynia. W głównym punkcie miasta, gdzie w kierunku portu koncentruje się najbardziej wielkomiejski ruch, na środku ulicy Portowej, rośnie olbrzymi dąb staruszek. Kaszubi nazywają go „dębem Napoleona", bo, jak głosi legenda, wielki cesarz Francuzów w czasie jednej ze swoich wypraw odpoczywał pod cienistymi konarami tego olbrzymiego dębu, dziś Już mocno przerzedzonego ⁵). Dąb gdyński posiada u miejscowej ludności tak wielki szacunek, że choć stanął w poprzek ruchliwej ulicy, nie tknęła jego potężnego pnia siekiera; uszanowano go, otaczając szczególną opieką Niestety, piękny ten dąb, który przetrwał najróżniejsze burze dziejowe i morskie, usycha, gdyż toczy go grzyb, tak zwany „żagiew" i prawdopodobnie już w najbliższym czasie będzie on ścięty. W Tupadłach, Tylowie i Odargowie na terenie powiatu morskiego rozpowszechnione są podania o czerwonym piasku. Ludność twierdzi, że barwę czerwoną nadała ziemi krew przelana przez żołnierzy, poległych w potyczce francusko-pruskiej ⁶). Podania które powyżej przytoczyłem, są mało znane. Wśród ludu, szczególnie wiejskiego, krąży jeszcze wiele innych klechd, czekając na spisanie i uwiecznienie drukiem. Może znajdzie się ktoś, kto podejmie się tego trudu i je skompletuje. Warte one tego zabiegu.
¹) Podania o czerwonym piasku spotyka się bardzo często na Pomorzu. Czerwony piasek jest zjawiskiem naturalnym i powstaje ze zmieszania się z rudę Żelazną. Lud Jednak mniema, że tam
gdzie jest taki piasek wzgl. ziemia, zaszła jakaś bitwa, co oczywiście nie ma żadnego uzasadnienia.
²) Wiadomość historyczna.
³) Gen. Dąbrowski w myśl rozkazów Napoleona miał wyprzeć Prusaków z obszaru Pomorza na lewym brzegu Wisły oraz zdobyć Gdańsk. Atak został uwieńczony pełnym sukcesem polskiego oręża.
⁴) Podanie to przytacza dr Nadmorski w dziełku ,,Kaszuby i Kociewie", str. 44.
⁵) O pobycie Napoleona w Gdyni nie mamy Żadnych pewnych wiadomości. Źródła historyczne milczą o tym zupełnie. Z daje się, że podanie to jest wytworem fantazji ludu.
⁶) Uwaga ad ¹) odnosi się i do tego podania.
Kaszuby, dodatek regjonalny Gazety Kartuskiej poświęcony sprawom Ziemi Kaszubskiej, 1937, nr. 10
30.10.1937
Zwyczaje wielkanocne na Kaszubach
Wielkanoc jest świętem radości i zmartwychwstania. Obchodzi się je w czasie, gdy pierwsze pąki pojawiają się na drzewach, a szczebiot ptaków zwiastuje powrót wiosny. Jakże wesoło biją wtedy serca ludzkie! Wielkanoc bowiem to naprawdę wesoły dzień, to podwyższenie duszy w rejony słońca. Lud, który najżywiej odczuwa swym prainstynktem wszelkie zjawiska przyrody i którego wiara w Boga umiała zespolić w jedną nową treść, Ewangelię z tradycjami z czasów pogańskich, najwspanialej w szeregu różnych zwyczajów i zabaw manifestuje swoją radość wielkanocna. Także na Kaszubach Wielkanoc („jastrë“) zachowała znamię święta szczególnej radości. Święta wielkanocne poprzedzają liczne obrzędy. Rozpoczynają, się one już w Niedzielę Palmową. W niedzielę tą, rano, idzie gospodarz do sąsiada, bije go rózgą i mówi:
„Vjerzba bjije, jô nje bjiję.
Za tydzenj — vjelgji dzenj
Za nocë trze ë trzë — są jastrë“.
Następnie w kościele święci się „palmę“, tj. gałązki wierzbowe z baziami. Przechowywane skrzętnie za obrazami świętych mają za zadanie zażegnywać choroby i chronić dom cały od wszelkich nieszczęść. Tak np. w Wysinie (pow. kościerski) dają dzieciom pączki wierzby do spożycia dla ochrony przed chorobami, w wioskach rybackich ludność kładzie „palmę“ pod dach, aby dom uchroniła od pioruna; w okolicy Kościerzyny spala się gałązki w czasie burzy, aby ustrzec się przed piorunem.
Liczne są także obrzędy wielkotygodniowa. I tak w Wielki Czwartek w niektórych wioskach sadzi się młode drzewa, a gospodynie sieją chętnie kwiaty. W Wielki Piątek („Płaczebóg“) przed świtem jeszcze wymiatają śmieci z całej „checzy“ i rzucają je jak najdalej poza obejście, by przez to zapobiec lęgnięciu się robactwa. Ponadto przez cały dzień lud czuwa przy grobie Ukrzyżowanego, modląc się i śpiewając pieśni pasyjne. W Wielką Sobotę o północy woda nabywa własności leczniczych. Udaje się więc lud, a w szczególności młode dziewczyny, do strumyków zaczerpnąć wody, którą następnie obmywają rany a także całą twarz, We wsiach rybackich wieczorem oblatują chłopcy z klekotkami całą wieś wołając: „Vëganjôjta post a kładzëta vronë v grôpę“. W pierwsze święto wielkanocne idą wszyscy na Rezurekcję. Kapłan intonuje uroczyste „Alleluja“, lud zaś śpiewa:
„Chrystus zmartwychwstań jest,
Nam na przykład dan jest
Iż mamy zmartwych powstać,
Z Panem Bogiem królować.
Alleluja“.
Po powrocie do domu cała rodzina w wesołym i zgodnym nastroju zasiada do śniadania. Najulubieńszą potrawą na to śniadanie jest „prażnica“, smażone jajka z słoniną. O ile warunki na to pozwalają, na stole znajdzie się także ciasto, mięsiwo i jajka malowane ulubionymi kolorami: czerwonym, żółtym i niebieskim. W niektórych okolicach panuje zwyczaj składania życzeń sąsiadom i wzajemnego obdarowywania się jajkami. Skąd ten zwyczaj? Jest to zwyczaj prastary, który wywodzi się jeszcze z zamierzchłych czasów dawnych Słowian. Jajko było wyobrażeniem życia, które pokonało oddzielającą je od świata zewnętrznego skorupę. I nasze jajko wielkanocne przypomina nam Chrystusa, który zmartwychwstał mimo płyty grobowej. Resztę dnia spędza się w domu. Tylko w wioskach rybackich, w maszoperiach, zbierają się rybacy u szypra i dzielą pieniądze za łososie.
W drugie święto Wielkiejnocy odbywa się t. zw. „dyngus“, no kaszubsku „dëgowanje“. na który to dzień chłopcy już na kilka tygodni naprzód przygotowują gałązki brzeziny. Z tymi właśnie rózgami biegają oni po domach i smagają dziewczyny, przy czym jako okup otrzymują najczęściej malowane jajka. Młodzież stara się domowników zaskoczyć jeszcze w łóżku, aby tym lepiej ich wysmagać. Co przy tym śmiechu, co zabawy!... W okolicy Kościerzyny małe dzieci obchodzą domy z zielonymi gałązkami składając życzenia wielkanocne i śpiewają:
„Przyszliśmy tu po dyngusie
Zaśpiewajmy o Jezusie,
O Jezusie, co zmartwychwstał,
Alleluja, Alleluja“.
oraz
„Dyngus, dyngus
Po dwa jaja,
Nie chcę Chleba
Tylko jaja“.
Za to obdarowuje się je także. Następnego dnia z dyngusem obchodzą dziewczęta, odwdzięczając się chłopcom. W niektórych wioskach (np. Kalisz) zwyczaj chłosty gałązkami brzozowymi na dyngus jest przywilejem strony męskiej. Natomiast dziewczyny polewają chłopców wodą.
Brunon Richert
Kaszuby, dodatek regjonalny Gazety Kartuskiej poświęcony sprawom Ziemi Kaszubskiej, 1938.23 nr 4
23.04.1938
Wielki patriota Kaszubski - Antoni Abraham
 |
| Antoni Abraham |
Antoni Abraham urodził się 19. grudnia 1869 roku na Kaszubach, umarł w Gdyni dnia 23. czerwca 1923 roku, a pochowano go na cmentarzu Oksywskim. Z zawodu robotnik, całe życie jednak Po święcił wyłącznie pracy społecznej. Stale mieszkał w Oliwie koło Gdańska, skąd udawał się potajemnie do wszystkich prawie wiosek na Kaszubach, urządzając nocą zebrania i wiece po prywatnych domach; zanim żandarmeria niemiecka zdołała interweniować, uchodził skrycie do następnej wsi, improwizując nowe zebrania i wiece. Kilkakrotnie był aresztowany, co wywołało u niego tym większą zaciętość w jego pracy społecznej. Według opowiadań tutejszej ludności stale był w drodze; jego przeważnie zasługą jest podtrzymywanie świadomości narodowej Kaszubów. W czasie przemawiania na pewnym wiecu w żarnowcu został przytrzymany przez żandarma niemieckiego i zakuty w kajdany, będąc jednak silnym człowiekiem, w oczach wszystkich skręcił i zerwał kajdany. żandarm widząc determinację Abrahama i podniecenie zebranych na wiecu ludzi, bez słowa oddalił się, dając tym samym milczącą zgodę na dalsze prowadzenie wiecu.
W r. 1919 - w czasie największego rozgardiaszu w Niemczech - gdy ruch pociągów został zupełnie zahamowany, Abraham wraz z drugim delegatem (zdaje się Chrapkowskim, nazwiska dokładnie nie mogłem ustalić), udają się po kryjomu pieszo przez całe Pomorze do Polski, bez żadnych dokumentów, idąc tylko nocą. Po przybyciu do Warszawy jadą z delegacją do Paryża, tam Abraham został zaprowadzony do Wilsona, z którym rozmawiał całą godzinę. I jak osobiście opowiadał mi Abraham - wyszedł od Wilsona ,,spocony do ostatniej nitki". żegnając się z Wilsonem, uścisnęli się serdecznie. Niemcy dowiedzieli się o pobycie Abrahama w Paryżu. Po powrocie więc z Paryża, idąc znowu pieszo przez całe Pomorze, musiał stale się ukrywać, gdyż dostanie się do rąk Niemców groziło śmiercią. Pewnego razu koło samej Oliwy został poznany przez żandarma niemieckiego, ten jednak znając Abrahama, zamiast go aresztować, polecił mu się ukryć na dłuższy czas, bo szukają go wszędzie.
Z chwilą nadejścia wojska polskiego Abraham z Oliwy przeniósł się na stałe do Gdyni, tutaj jednak z powodu, że był jak mówiono ,,za mądry" - żadnego uznania nie zdobył. Mieszkańcy tutejsi odsunęli go od wszystkiego. Żył w niedostatku. Projektów i planów rozbudowy Gdyni, sporządzonych przez Abrahama, gmina nie przedłożyła czynnikom miarodajnym w stolicy. W r. 1923 w marcu zorganizowałem jako sekretarz Ligi żeglugi Polskiej (obecna Liga Morska i Kolcmalna) wycieczkę Kaszubów do Warszawy, Częstochowy i Krakowa, przewodniczącym zaś wycieczki Kaszubów z całego wybrzeża w ilości 27 osób był Abraham. W Warszawie wycieczka została przyjęta niezwykle gorąco, byliśmy w Belwederze u b. Prezydenta Rzpltel Wojciechowskiego na przyjęciu przeszło 2 godziny; do P. Prezydenta przemawiał Abraham. Potem miał Abraham płomienne przemówienie z balkonu l. piętra w Teatrze Wielkim w odpowiedzi na przywitanie Kaszubów. wygłoszone przez prezydenta miasta p. Balińskiego. Następnie dłuższe przemówienie na temat polskości Kaszubów wygłosił Abraham na bankiecie, w którym wziął udział cały szereg dygnitarzy Państwa.
Ciekawy i niezwykle interesujący szczegół z pobytu wycieczki Kaszubskiej w klasztorze Jasnogórskim, stanowić będzie w przyszłości trudny do rozwiązania problem dla historyków. Mianowicie przy oglądaniu pamiątkowej księgi klasztornej, w której wpisywali się od niepamiętnych czasów wszyscy monarchowie i wielcy ludzie z całego świata zwiedzający klasztor - A. Abraham zatrzymał się nad kartką, gdzie u samej góry wpisał w czasie wielkiej wojny swe nazwisko cesarz niemiecki Wilhelm II; całkiem na dole tej samej kartki wpisali się wszyscy dygnitarze świty cesarskiej oraz generałowie głównego sztabu wojennego. Abraham namyślał się chwilę, następnie wziął pióro i bezpośrednio pod imieniem Wilhelma II. napisał: Antoni Abraham - Kaszuba, pod nim zaś podpisali się wszyscy uczestnicy wycieczki. Można sobie wyobrazić, jakie ważne zmartwienie będą mieli za kilkaset lat uczeni niemieccy, gdy zechcą zbadać, co to za wielki człowiek był ten A. Abraham Kaszuba, podpisujący się równolegle z cesarzem niemieckim, podczas gdy nazwiska dygnitarzy i wybitnych generałów wielkiej wojny, skromnie znajdują się na samym dole karty tej pamiątkowej księgi klasztornej.
W tym czasie był już Abraham poważnie chory. Jak sam opowiadał było to skutkiem przeziębienia się na wiecu w Obłużu. W kilka miesięcy po tej wycieczce umarł Abraham w Gdyni, tak samo biednie, jak żył. W uznaniu zasług położonych dla Państwa przez śp. Antoniego Abrahama - Rząd Polski odznaczył go Krzyżem Zasługi, a Miasto nazwało jedną z większych ulic w śródmieściu Ulicą ,,Antoniego Abrahama". W 1937 roku podczas uroczystości regionalnych w Gdyni - wmurowano tablicę pamiątkową w domu, przy ulicy Starowiejskiej, gdzie mieszkał i umarł ten skromny w życiu, a tak potężny duchem społeczny działacz Kaszubski ś. p. Antoni Abraham.
Józef Limbach
Monografia Wielkiego Pomorza i Gdyni, 1939 r.