Podumaj, potęsknij nad pomnikiem sławy
I. Podróż z Warszawy do Gdańska.
Ktokolwiek po dziś dzień z syreniego grodu dąży pospiesznym pociągiem mławskiej kolei ku ujściu Wisły, aby nad brzegiem Bałyku użyć latowego wywczasu i na piasku sopockim zaczerpnąć nowych sił do ciężkiej pracy zawodowej, ten, licząc się z panującymi obecnie wśród społeczeństwa naszego poglądami, częstokroć w wagonie jeszcze ostatnią walkę stacza z własnym sumieniem, by sztucznymi wywodami obromić się przed zarzutem, że polski grosz lekkomyślnie Niemcom wywozi, gdy własny nasz kraj posiada tak znaczną liczbę rodzimych uzdrowisk o najróżnorodniejszych właściwościach, Niejeden z niezadowolenia zgrzytnie nawet aż zębami na myśl, że przed wyjazdem z Sopot wypadnie jemu jaką sturublówkę poświęcić na wstrętne niemieckie pamiątki z wód dla domowników przyjaciół. Lecz cóż robić? Zwyczaj jest nieubłaganym tyranem. Więc trudno się wyłamywać z pod niego. A o sprzedaży polskich pamiątek dotąd jeszcze nikt nie pomyślał. Więc chcąc nie chcąc, trzeba brać niemieckie, chociaż na prawdę szkoda, że tego grosza nie można lepiej użyć, oddając go n. p. na zaspokojenie kaszubskiego głodu duchowego.
W tej swej rozterce wewnętrznej pociesza się wielu z naszych kąpielowców nadzieją poznania starego Gdańska, zwiedzenia krzyżackiego zamku w Malborku i przypatrzenia się staremu stołowi, na którym podpisano pokój oliwski. Ale przeciętny gość warszawski nie zawsze uprzytamnia sobie, że tuż za granicznymi słupami wstępuje na główną scenę owych strasznych swą grozą wypadków, które nam opisał Sienkiewicz w Krzyżakach, nie wie, że tuż u wejścia na tę scenę wita go piękny pomnik średniowiecznej rycerskiej bogobojności ojców naszych. To kościół w Nowym Mieście (Neumark) ze swą, wielką chorągwią, zawieszoną u sufitu średniej nawy, przedstawiająca apoteozę Pawła Działyńskiego, owego fundatora klasztornego kościoła dla cudownej Matki Boskiej Łąkowskiej, o którym Niesiecki, zaświadcza, że był gorliwym katolikiem a postrachem dla innowierców. Nie myśli on także o tym, że niebawem znajdzie się w pobliżu pobojowiska grunwaldzkiego, że o mile od Susza (Rosenberg) pokazują po dziś dzień jeszcze w pałacu kamienieckim (Finikenstein, majętność hr. Dohna) w przedstuletniej postaci pamiętną z odwiedzin Walewskiej, komnatę, w której za Napoleona I. ważyły się późniejsze losy naszego biednego kraju, ani o tym, że nie daleko Prabut (Riesenbung) mignie mu w oddali przed oczyma Stamberg (Slangenberg) odwieczne gniazdo rodziny, która nam dała św. Stanisława Kostke, że wreszcie Tczew (Dirschau) to okolica Będomina, gdzie światło dzienne ujrzał gienerał Józef Wybicki, ów zasłużony pedagog legionów Dąbrowskiego.
A przybywszy do Sopot i rozpostarłszy się wygodnie nad brzegiem morza, któż z rodaków naszych dowie się o tym, że miejscowość ta, to tak samo, jak Gdańsk rzewny przybytek drogich dla serca polskiego pamiątek z najpiękniejszych chwil w dziejach Rzeczypospolitej, a losy jej, to w całej Polsce bodaj jedno z najwierniejszych zwierciadeł tych dziejów ? Wszak nie dawniej, jak przed kilku laty rozbrzmiewało i dzisiaj znowu rozbrzmiewa głośne po całym kraju złowrogie dla Kaszub hasło: Nie jeździć do Sopot! - jak gdyby ów biedny lud kaszubski, tak bardzo dotąd przez rodaków zaniedbywany, a zawdzięczający kąpielowcom sopockim dużo z swego dzisiejszego dostatku, w zamian za tylowiekową wierność swą dla Rzeczypospolitej przez własnych swych braci skazanym został na zniemczenie. Wszak i dzisiaj jeszcze najnowsze spisy rodzimych uzdrowisk nie przypominają rodakom Sopot, jak gdybyśmy tutaj nad morzem polskim nie znajdowali się w kraju własnym i na swoich śmieciach.
Wszak najżarliwsi protektorzy sprawy kaszubskiej przybywszy do Sopot, częstokroć układają plan wycieczki w głąb kraju dla usłyszenia własnym uchem narzecza polskich pomorzan, jak gdyby w samych Sopotach nie mieszkało stale parę tysięcy Kaszubów, posługujących się niemieckim językiem tylko bardzo nieudolnie. Więc gdy liczba polskich gości kapielowych w Sopotach, wynosząca obecnie już więcej niż cztery tysiące osób, z roku na rok rośnie, i gdy zainteresowanie się szerszych warstw inteligencji naszej mieszkańcami Pomorza w ostatnim mianowicie czasie żywe przybrało kształty, budząc u wielu rodaków szczere pragnienie poznania tej prawdziwie romantycznej części ojczyzny naszej, pożądanym się wydaje jakikolwiek, chociaż niedokładny, opis Gdańska i okolicy w ojczystym języku. To też, oddając ten na prędce i bez należytego przygotowania sporządzony szkic do użytku naszych turystów tuszę sobie, iż. na razie zaspokoję w tym względzie naglącą potrzebę, dopóki wprawniejsze pióro tego lepiej nie uczyni.
II. Pamiątki Gdańska z epoki Piastów i Jagiellonów.
Św. Wojciech. — Św. Jacek. — Kazimierz Jagiellończyk.
Najstarsza z narodowych naszych pamiątek Gdańska nastręcza się gościom polskim już przy pierwszym zbliżeniu się ich do miasta na samym początku południowego przedmieścia w postaci kapliczki, zbudowanej ku czci św. Wojciecha. O niej to twierdzi stare podanie, iż postawili ją nawróceni przez św. Wojciecha poganie na tym samym miejscu, gdzie ten apostoł Prus nad brzegiem Wisły pierwsze swe kazanie po, wystąpieniu na ląd był wygłosił i dokąd po śmierci ciało jego anieli byli przenieśli. Tam spoczywało to ciało święte przez trzy lata, dopóki go król Bolesław Chrobry nie przewiózł do Trzemeszna. Prócz tej kapliczki,, posiadającej jeszcze po dziś dzień w dniu św. Wojciecha licznie przez całą okolicę odwiedzany odpust, znajduje się tam także kościółek, o którym dokument z r. 1222. opiewa, iż razem z istniejącym tam klasztorem Benedyktynów hojne dary na grób św. Wojciecha odbierał od pomorskiego księcia Świętopełka II. i sióstr jego Mirosławy i Imgardy. Wspaniałym pomnikiem dawnej polskiej świętobliwości jest po dziś dzień jeszcze z pomiędzy wszystkich świątyń katolickich Gdańska największy i najpiękniej wewnątrz ozdobiony kościół św. Mikołaja. Tutaj to założył już w r. 1227. przeor dominikańskiego klasztoru w Krakowie, św. Jacek z rodu Odrowążów, który zakonną suknię w Rzymie z rąk samego św. Dominika był otrzymał, klasztor swej reguły, biorąc na ten cel od księcia Świętopełka II. świątynię i otoczenie jej w darze.
O tym św. Jacku utrzymuje się legenda stara, według której wieszczym duchem natchniony przepowiedział Gdańskowi jego późniejszą świetną przyszłość, chociaż w ów czas miasta prawie jeszcze tam nie było. Jakie zaś znaczenie potrafili sobie tutaj w krótce wyrobić przywiezieni przez św. Jacka z Krakowa zakonnicy, o tym świadczą wymownie nie tylko odpusty, odwiedzane tam w dniu św. Dominika przez bardzo liczne rzesze, ale także wyznaczone już w r. 1260. przez księcia Świętopełka na dzień św. Dominika wielkie owe jarmarki gdańskie, których znaczenie, jakkolwiek teraz już w mniejszych rozmiarach, aż do dzisiaj się przechowało. Nic więc dziwnego, że w Gdańsku kult św. Jacka utrzymywał się przez długie wieki, i że czci tego świętego służyła najpiękniejsza kaplica przy kościele dominikańskim. Kaplica ta nosiła aż do roku 1804. nazwę kaplicy św. Jacka, a statua tego świętego zastępowała w jego ołtarzu główny obraz. Ale nie wiadomo dla czego, czy tylko ze względów estetycznych, czy też może dla usunięcia polskiej pamiątki, św. Jacek w ołtarzu musiał ustąpić miejsca Zbawicielowi na krzyżu i poszedł w kąt. Równocześnie przechrzczono także część domu Bożego, oddaną przez tyle wieków wyłącznej czci tego patrona narodu polskiego. Nosi ona teraz podwójną nazwę kaplicy św. Krzyża i św. Jacka. Bez zmiany pozostawiono tylko stary napis nad wejściem, który brzmi: »Kaplica św. Jackowi, czyniącemu cuda, poświęcona w r. 1690.« Dodano doń tylko datę odnowienia 1804.
Zaznaczyć tutaj należy, że podczas kiedy cystersi oliwscy, szerząc na Kaszubach przeważnie tylko niemiecką kulturę, byli przez długie wieki poniekąd krzewicielami niemieckiego języka u nas, dominikanie, posiadający od samego początku wśród miejscowej ludności niezmierną popularność, stali się dla Gdańska i okolicy żywym ogniskiem polskości. Różnicą tą zasadniczą tłumaczy się po części niezgodny z rzeczywistą potrzebą miejscowej ludności zwyczaj używania języka polskiego lub niemieckiego przy głównym nabożeństwie przez oba zakony. Podczas bowiem, kiedy w oliwskim kościele główne nabożeństwo odprawiało się tylko po niemiecku, a w przyległej doń kaplicy - Matki Boskiej po polsku, służył odwrotnie dominikański kościół polskiemu, a należąca doń. kaplica św. Urszuli niemieckiemu nabożeństwu. U św. Mikołaja słusznie dano pierwszeństwo żywiołowi polskiemu, bo kościół przecież zbudowano dla rybaków i flisów, którzy wyłącznie byli Polakami. Mieszczanie zaś gdańscy posiadali już wówczas swój parafialny kościół św. Katarzyny. Inaczej rzecz się miała w Oliwie, gdzie niemieckie kazanie dla ludności polskiej, zamieszkującej prawie wyłącznie całą okolicę, było wręcz środkiem germanizacyjnym. Temu swemu wybitnie polskiemu charakterowi zawdzięcza klasztor dominikański miłe dla nas nad wyraz zdarzenie, że z pomiędzy wszystkich większych świątyń Gdańska jedynie ta piękna pamiątka starodawnej polskiej pobożności zdołała skutecznie oprzeć się wszechmocnej prawie w Gdańsku potędze reformacji i obecnie służy jeszcze celowi, na który ją św. Jacek był przeznaczył.
Ale też właśnie ta narodowa jego działalność stała się dlań najpierw źródłem dotkliwej klęski a krótko po tym niepospolitym zaszczytem, bo gdy podczas oblężenia Gdańska przez Stefana Batorego w r. 1577. po mieście rozniosła się wieść, jakoby klasztory sprzyjały polskiemu królowi, uderzyli mieszczanie na klasztory, niszcząc i rabując, przy czym dominikanie najwięcej ucierpieli. Za to też po śmierci Batorego przyjmują w r. 1587. przedstawiciele całego narodu uroczyście właśnie tutaj w dominikańskim kościele króla Zygmunta III. przybywającego dotąd z Szwecji dla objęcia rządów Rzeczypospolitej. Jak bogobojność, tak samo i waleczność ojców naszych wystawiła sobie w Gdańsku trwałe pomniki. Kościoły św. Anny i św. Barbary są po dziś dzień jeszcze wymownym świadectwem dzielności oręża polskiego za panowania Kazimierza Jagiellończyka. Pierwszy z nich zbudowało miasto w r. 1480. na rozkaz tego króla dla polskich mieszkańców przedmieścia. Zgodnie z tym przeznaczeniem utrzymała się w tym kościółku tak żywa tradycja polska, że, gdy reformacja ogarnęła cały Gdańsk, odbierając katolikom prawie wszystkie świątynie, tutaj zaprowadzono nabożeństwo ewangelickie w polskim języku, które zdołało utrzymać się aż do najnowszych czasów. W drugim, w kościele św. Barbary, znajduje się obecnie jeszcze głowa św. patronki jego, przechowywana za krzyżackich czasów w zamkowej kaplicy malborskiej. Tę relikwię podarował Gdańskowi po zdobyciu jej na krzyżakach Kazimierz Jagiellończyk wraz z srebrną puszką, ważącą nie mniej, jak centnar, a obnoszoną podczas procesji przez czterech mężczyzn. Puszkę przetopili gdańszczanie na pieniądze podczas oblężenia miasta przez Stefana Batorego.
III. Ślady Zygmuntowskich czasów w Gdańsku.
Wysoka brama. — Ratusz. — Giełda.
Z dumą i zadowoleniem prawdziwym spogląda każdy polak na owe pełne wzniosłej myśli pomniki średniowiecznej potęgi Gdańska, które to wielkie targowisko handlu polskiego wznosiło w czasie najwyższego swego rozkwitu, bo wszystkie one jednomyślnie świadczą o niezmiernej wdzięczności miasta dla Rzeczypospolitej polskiej za to, że pod jej opieką troskliwą tak pomyślnie się rozwinęło. Więc tuż przed bramą, prowadzącą do naczelnej części całego miasta, to jest Długiej ulicy i Długiego rynku, znajdujemy rodzaj łuku tryumfalnego, nazwanego Wysoką bramą (Hohes Tor), którego prześliczna fasada, wykonana z piaskowca, zasługuje na baczną uwagę. Nad głównym, środkowym przejazdem łuku umieszczony w medalionie herb Rzeczypospolitej polskiej, nad którym dwie skrzydlate niewieście postacie trzymają królewską koronę, zaopatrzoną w napis: »Justitia et Pietas, Duo sunt Regnorum omnium fundamenta«. (Sprawiedliwość i pobożność, obie są podstawami wszystkich królestw.) Nad lewym przejściem widnieje średniowieczny herb Gdańska z czasów należenia miasta do cesarstwa niemieckiego, nad prawym nowoczesny; pierwszy nosi napis: »Sapientissime fiat omnia, quae pro República fiunt«. (Najmądrzej trzeba wykonać, co się robi dla Rzeczypospolitej), ostatni napis: »Civitatibus haec optanda bona maxima Pax, Libertas, Concordia« (Społeczeństwom przede wszystkim pożądane: pokój, wolność i zgoda). Jako datę zbudowania znajdujemy na łuku rok 1588.; przypuszczać więc należy, iż wznieśli go gdańszczanie na pamiątkę uroczystego wjazdu Zygmunta III. do miasta w rok po wstąpieniu króla tego na tron Rzeczypospolitej polskiej.
Przypatrzywszy się temu prawdziwie wzruszającemu pomnikowi wdzięczności Gdańska wobec Rzeczypospolitej polskiej, wejdźmy do miasta przez główną starą bramę (Langgasser Tor). Ale zaledwie my się wysunęli z pod sklepienia bramy, a tu jako wiekopomna pamiątka błogiego panowania Jagiellonów nastręcza się oku smukła, 261 stóp wysoka wieża ratuszowa. Na niej błyszczy z daleka w słońcu na odległość mili całej złocona postać króla Zygmunta Augusta naturalnej wielkości z koroną na głowie, z tarczą i chorągwią złoconą w ręku. Obok niego okręt, przewyższający chorągiew, trzymaną przez króla. Na widok tej alegorycznej grupy nasuwa się pytanie o przyczynę, dla której gdańszczanie w ten sposób ozdobili główną swą wieżę. Kto by w tym względzie chciał osiągnąć wyjaśnienie, ten niechaj nasamprzód uprzytomni sobie, że król ten przybywszy w roku 1552. do Gdańska dla przeprowadzenia zupełne uni ziem pruskich z Rzecząpospolitą polską, po trzytygodniowych wesołych zabawach, ucztach i igrzyskach tutaj na ratuszu przy udziale kanclerza Ocieskiego i kardynała Hozjusza z Radą miejską i reprezentantami gminy o tej ważnej sprawie obszernie traktował, i że za jego panowania unia ta przyszła do skutku, a po tym niechaj dokładnie przypatrzy się głównemu obrazowi, umieszczonemu w suficie najprzedniejszej komnaty ratuszowej. Znajduje się on w czerwonej sali, nazwanej dawniej »Sommerratsstube«. Wejdźmy więc do niej! Już sama nadzwyczaj bogata rzeźba naokoło drzwi, prowadzących z sieni do tej sali, zapowiada w niej nie tylko szczególne osobliwości, ale także i przeznaczenie ich na apoteozę rządów Rzeczypospolitej. Przedstawia ona grupy dzikich mężów, niosących orła polskiego, do którego herb Gdańska przytulony. Na niej widnieje złotymi literami następujący napis; »Pro lege, pro grege militemus«. (Walczmy w obronie prawa i w obronie gromady) Ten piękny spadek po Jagiellonach, tę wytyczną myśl wielką panowania obu Zygmuntów przechował narodowi polskiemu Gdańsk nieskażoną i przypomina dzisiaj całej ojczyźnie w imieniu zagrożonego przez germanizację Pomorza.
Jak tkliwe uczucia musi za tym budzić w gościu polskim wnętrze sali, jeżeli już samo wejście do niej tak poważnie nastraja. Więc podobnie, jak przed główną miejską bramą, znajdujemy i tutaj na wielkim obrazie, zdobiącym sufit, a otoczonym przez artystycznie rzeźbione herby Gdańska, Prus Zachodnich, Polski i Litwy spoczywający na kolumnach luk tryumfalny dający perspektywę na aleję z fontanną. Tam widać zachodnią część Gdańska, otoczoną obronnymi fosami; wieżę ratuszową trzyma ręka, wynurzająca się z obłoków, a obok niej zawisł biały polski orzeł. Pod tukiem tryumfalnym Giełda (Artushof) z fontanną i grupy kupców rozmawiających i czytających listy, dalej Wisła, berlinki i morze. Łuk tryumfalny nosi napis »Jehowa ista servat sub his alis his fulcris« (Bóg zachowuje miasto pod tymi skrzydłami na tych podstawach), luk zaś tęczowy na obrazie, który zawisł nad miastem i morzem, zaopatrzony w napis: »Celesti iungimur arcu«. (Łączy nas łuk niebieski.) Dumna Wenecja północna chełpi się w tym obrazie swym handlem, ogarniającym świat cały, ale zarazem otwarcie wyznaje, że całą swą pomyślność zawdzięcza białemu polskiemu orłu. Nie omyli się za tym z pewnością ten, kto ową alegoryczną figurę Zygmunta Augusta na wieży ratuszowej uważać zechce za pomnik, wystawiony przez wdzięcznych gdańszczan na cześć uni Prus z Rzeczpospolitą polską. — Zanim opuścimy tę pełną wytwornego przepychu salę, warto rzucić okiem na piękny zegar, znajdujący się tutaj. To pamiątka po królu polskim, ale nie wiadomo którym. A teraz pomijając sąsiednią salę, tak zwaną »Winterratsstube«, której sufit zdobią tak samo, jak poprzedniej herby Gdańska, Prus Zachodnich, Polski i Litwy, wstąpmy do zbudowanej w r. 1427. w ratuszu kaplicy św. Marcina, aby obejrzeć umieszczoną tam pamiątkę po Stanisławie Leszczyńskim, to jest starożytny zegar, posiadający osobliwą właściwość, że co minutę bije, i pożegnawszy piękności ratusza zajrzyjmy na Giełdę do starego Artushofu, którego fasada mile wita polskiego przychodnia przez umieszczone po obu stronach bocznych drzwi wchodowych medaliony królów Zygmunta III. i Władysława IV. Tutaj przypatrzmy się wiszącemu w tej najwspanialszej sali Gdańska obrazowi, przedstawiającemu zdobycie Malborka przez Jagiełłę w r. 1410. i olbrzymiej postaci Augusta III., stojącej w północno-zachodnim rogu Giełdy.
IV. Pamiątki Gdańska z czasów i Polski upadającej.
Mieszkanie dla królów polskich. — Królewska kaplica. — Oliwa.
Podziwiając wspaniałe budowle Gdańska, wznoszone z uczuciem uwielbienia dla rządów Rzeczypospolitej polskiej, zapyta niejeden, czy ostatnia epoka niezależnego bytu naszego państwowego nie pozostawiła tutaj tak samo znaczniejszych pomników, jak je widzieliśmy z czasów złotego wieku? Jedną z takich pamiątek jest ogromny gmach, zwany dzisiaj Grünes Thor, znajdujący się na końcu Długiego rynku tuż nad Motławą, a rozbudowany przez miasto z małej bramy do dzisiejszych rozmiarów w tym celu jedynie, aby królowie polscy podczas i pobytu swego w Gdańsku mieli odpowiednie mieszkanie. O tym przeznaczeniu świadczą jeszcze dzisiaj widniejące na fasadzie od strony rzeki orły polskie. Ale oprócz Marii Ludwiki nikt z królewskich rodzin tutaj się nie zatrzymał. jest zbudowany w Gdańsku w r. 1677. przez Jana III. i prymasa Olszowskiego kościół, którego samo istnienie dowodzi, że po Stefanie Batorym żaden z królów naszych nie posiadał w Gdańsku przynależnej sobie władzy. Jest to parafialny po dziś dzień kościółek, noszący nazwę kaplicy Królewskiej, który z następującej powstał przyczyny.
Po przyłączeniu Pomorza z Gdańskiem do Rzeczypospolitej polskiej podzielone było całe miasto na sześć parafii, nad którymi duchowne zwierzchnictwo dzierżył rezydujący w Gdańsku w dworku swym na górze Biskupiej (Bischofsberg) archidiakon pomorski z tytułem oficjała, którego około r. 1524. papież wyniósł do godności sufragana pomorskiego. Na katedrę tego dygnitarza przeznaczył Kazimierz Jagiellończyk kościół Panny Marii, rezerwując w nim dla siebie i swych następców prawo patrona. Ale już w r. 1572. zajęła reformacja ten kościół. Odtąd na próżno dopominali się od miasta królowie polscy zwrotu świątyni. Nie oddano jej nawet na czas krótki do użycia podczas uroczystego przyjęcia Zygmunta III. Straciwszy więc całkiem nadzieje odzyskania kościoła Panny Marii zbudował król Jan III. z prymasem Olszowskim dzisiejszą królewską kaplicę, przeznaczając ją na ten sam cel, jakiemu służył poprzednio kościół Panny Marii.
Ale nie wszystkie z wymienionych dotąd polskich pamiątek Gdańska przedstawiają prócz wartości swej historycznej, także przedmiot, godzien zwiedzenia ze względu na swą piękność estetyczną, lub swą imponującą budowę. Wyróżniają się pod tym względem tylko te pomniki, które miasto samo z własnego popędu w poczuciu swej potęgi wzniosło, umieszczając je w najbliższym otoczeniu ratusza. To też krótki tylko spacer wystarczy na obejrzenie ich wszystkich. Idąc z dworca najlepiej rozpocząć zwiedzanie przy Wysokiej bramie, przed którą dziwne wrażenie robi pomnik cesarza niemieckiego Wilhelma I. na koniu. Potomek ten Jadwigi Jagiellonki wygląda tutaj, przed łukiem triumfalnym, poświęconym czci Jagiellonów, jak gdyby wraz swym nowoczesnym odwachem utrzymywał czujną straż dla bezpieczeństwa cennych pamiątek Gdańska z czasu błogich dla miasta rządów Rzeczypospolitej polskiej. Zanim udamy się stąd w głąb miasta ku ratuszowi, warto rzucić okiem w stronę południowo-zachodnią na wysoką Zieloną górę. To miejsce, dawniejszego pałacu biskupiego, pamiętne dla nas mianowicie z tej przyczyny, iż stąd oblegał miasto Stefan Batory.
A teraz na ratusz i giełdę, po tym przed Zieloną bramę, aby zakończywszy lustrację narodowych pamiątek miasta zwiedzeniem kościoła Panny Marii i św. Mikołaja, jako też wstępem do pięknego arsenału, gdzie się przechowują pamiątki oblężenia miasta przez Stefana Batorego, innych śladów naszego życia narodowego poszukać w Sopotach. Ale po drodze nęci ku sobie w Oliwie wspaniały kościół pocysterski wspomnieniem zawartego tutaj pomiędzy Rzecząpospolitą polską a Szwecją w roku 1660. pokoju. Więc niepodobna nie zatrzymać się tutaj, tym więcej, iż nie tylko same portrety pięciu książąt pomorskich i królów Polskich Przemysława, Zygmunta II. i Stefana Batorego, zdobiące ściany prezbiterium, ale także i znajdujące się tutaj groby książąt pomorskich Subisława, Świętopełka i Mestwina wraz z grobem późniejszego kronikarza naszego Heidensteina przywodzą na myśli hojność przodków i królów naszych dla kościoła i sławę oręża polskiego z czasu kwitnącej Rzeczypospolitej. Zwiedziwszy zaś wszystkie osobliwości kościoła i klasztoru, i wsłuchawszy się w przejmujące tony sławnych oliwskich organów, któż nie zapragnie przechadzki po owym głośnym z piękności ogrodzie pałacowym. Jest to przecież spacer, który nie może nie zrobić Polakowi osobliwszej przyjemności już przez to samo, iż, podziwiając te urocze zakłady, patrzy się na owoc umiejętnej pracy rodaka, gdyż cały ten wielki park, jako też stawy jego wraz z pałacem i kaplicą św. Krzyża, to przeważnie imponujące dzieło ostatniego w Rzeczypospolitej polskiej opata oliwskiego, owego Jacka Rybińskiego, o którym Swięcki w swych historycznych pamiątkach zaświadcza, że już za życia nazywano go »chlubą opatów« albo »wielkim opałem Rzeczypospolitej«.
IV. Najdawniejsze losy i złoty wiek Sopot.
W poważnym nastroju rozstaje się każdy z tym imponującym zabytkiem sztuki średniowiecznej, który cystersi, dzięki niezmiernej ofiarności pomorskich książąt, polskich królów i panów w Oliwie wznieść zdołali. Aby więc podniosłe wrażenie, doznane przy zwiedzaniu starego ogniska kultury chrześcijańskiej, nie ucierpiało skutkiem bezpośredniego zetknięcia się z nowoczesną architekturą Sopot o lekkich formach, przedzielmy te dwa światy, nie mające z sobą nic wspólnego, powtórzeniem starego podania o założeniu klasztoru oliwskiego i miasta Gdańska. Zanim światło wiary Chrystusowej zajaśniało mieszkańcom Pomorza gdańskiego, rządził około r. 1170. tym krajem potomek potwierdzonych przez Bolesława Chrobrego w dziedzictwie książąt pomorskich z rodu krakowskich Gryfów, Subisław I., który, zapuściwszy się na polowaniu za dzikiem sam w głąb lasu, padł tam z koniem tak nieszczęśliwie, iż własną bronią ciężko się w bok zranił. Wołania jego o pomoc nikt z książęcych towarzyszy nie usłyszał. W strachu więc o życie począł modlić się do boga chrześcijan, o którego cudownej mocy już był słyszał, i ślubował jemu zbudowanie kościoła i klasztoru na miejscu swego wyratowania. Wśród tych modłów znajduje go chrześcijański pustelnik, który się zajął wyleczeniem rany książęcej, i skorzystał z tej sposobności, aby księcia zapoznać z tajemnicami wiary swej. Nauki te wydały pożądany owoc, bo książę przyjął, powróciwszy do zdrowia, z całym dworem chrzest święty. Klasztor jednakże założył, wykonując wolę ojca, dopiero syn jego Sambor I. w kilka lat później.
Tenże sam książę Sambor zbudował tuż obok zamku swego w Gdańsku kościół, poświęcony czci św. Katarzyny, jako patronki miasta, które założył był ojciec jego Subisław. O tym podaje kronika następujące szczegóły: Pierwotna wioska »Gidanie«, którą towarzysz św. Wojciecha, Gaudenty, w opisie misyjnej podróży tego apostoła, jako miejsce pierwszego wylądowania i pierwszego kazania wymienia, nie znajdowała się tam, gdzie jest dzisiejszy Gdańsk, tylko dalej, pomiędzy górami. Nie nadawała się też położeniem swym do rybołówstwa; dlatego postanowił książę Subisław przenieść ją na odpowiedniejsze miejsce. Zapowiedział więc mieszkańcom dawnej wioski, że tuż przy swym zamku założy miasto, i że każdemu, który tam osiądzie, da drzewo do budowli tyle, ile będzie potrzeba. Podobało się to mieszkańcom i poprosili księcia, aby im darował tyle ziemi, ile rękoma objąć zdołają, a gdy książę się na to zgodził, wylegli o wyznaczonym czasie wszyscy z dziećmi służbą i gośćmi i podawszy sobie ręce, utworzyli koło, na którym dzisiaj stare miasto się wznosi. A teraz cośkolwiek o początku Sopot. Najdawniejsze dokumenty historyczne, odnoszące ssę do naszego uzdrowiska, pochodzą z końca trzynastego wieku i stwierdzają zgodnie z innymi późniejszymi, iż pominąwszy wiek 19 i koniec 18., nigdy nie było ani osadą rybacką, ani też miejscem kąpielowym łub kuracyjnym, tylko zawsze wioską, zajmującą się wyłącznie rolnictwem. Nazwę nosiło ono zawsze tę samą, pisaną w rozmaitych czasach rozmaicie, jako to Sobot, Soppott, Soboth, Soppoth, Zoppoth, Zoppot, w krórej dźwięk ostry z, wymawiany c, jest oczywiście tylko naleciałością ducha germanizacyjnego, nie zgodną z dziejowym jej znaczeniem. Powstanie zaś nazwy tej można w rozmaity sposób tłumaczyć. Pewien kronikarz gdański łączy ją n. p. z wyrazem Sobota i wywodzi stąd, iż w 15. i 16. wieku bogaci kupcy gdańscy utrzymywali tutaj dworki, do których z całą rodziną zwykli byli wyjeżdżać. Zapomina kronikarz ów jednakowoż o tym, że miejscowość ta już w 13. wieku nosiła swą nazwę, gdy wycieczki kupców gdańskich do niej wiele później się rozpoczęły.
Inny dziejopis niemiecki robi przypuszczenie, że tutaj ludność całej okolicy od wieków obchodziła świętojańską sobótkę i tłumaczy nazwę tą uroczystością. Zapatrywanie jego potwierdzają poniekąd same czysto polskie nazwy całej okolicy i poszczególnych części Sopot, o ile nie powstały w późniejszym dopiero czasie; nie mniej i ta okoliczność, iż zdążający bystrym prądem pomiędzy Oliwą i Sopotami do morza strumyk Karlik w pobliżu Sopot przerzyna piękną równin na około której ze wszech stron od najdawniejszych czasów rozsiane były zamieszkałe osady, jako to: Przymorze (dzisiejsze Gładzikowo) Brodwino, Prądki, Swemirowe, Siedlice, Stawowie, Karlikowo i Kolibki, tak, iż równinę tę i dzisiaj jeszcze z całej okolicy za najodpowiedniejsze środkowe miejsce dla uroczystego obchodu świętojańskiej nocy uważać należy, już z tego poznać można, że tutaj w najdawniejszych czasach bardzo swobodnie rozwijać się musiało narodowe życie polskiej miejscowej ludności. Ale nie miało to potrwać długo, bo już w r. 1283. odstępuję pomorski książę Mestwin II. Sopoty wraz z czternastu innymi wioskami klasztorowi oliwskiemu w zamian za odebraną jemu ziemię gniewską, którą darował zakonowi mieczowych rycerzy. A ponieważ cystersi starali się o zaludnię kraju przez osadzanie w nim kolonistów niemieckich, więc już przez tę na pozór mało znaczącą zmianą rozpoczyna się dla wioski okres powolnego kilkowiekowego niemczenia. Wymownym świadectwem tego są wszelkie dokumenty, dotyczące Sopot, spisywane od najdawniejszych czasów począwszy aż do początku 18. wieku zawsze tylko w niemieckim języku, przy czym pierwotne kaszubskie nazwy miejscowości dostrajano do dźwięków niemieckich, dając nowo powstającym osadom już tylko rdzennie niemieckie nazwy.
Tryb ten nie ustał i po przyłączeniu Kaszub do Rzeczypospolitej, ponieważ klasztor oliwski posiadał wówczas już takie znaczenie, iż opat jego, mając sam prawo do noszenia pastorału i infuły, z całym duchowieństwem obwodu klasztornego skutecznie odmawiał przez dłuższy czas biskupowi swemu prawa zwierzchnictwa. Nie pozwalano im nawet wizytacji, zastawiając się frazesem: Quid nobis cum episcopo ? (co biskupowi do nas ?) Zmiana pod tym względem nastąpiła dopiero wtenczas, gdy po śmierci opata Jana Kostki w r. 1589. król zamianował następcą jego energicznego Dawida Konarskiego, który usunął wprawdzie wszelkie nadużycia na polu hierarchii kościelnej, ale w klasztorze niemieckiego ducha nie zdołał złamać. Przeciwnie; dla oswobodzenia zakonu z pod wpływu polskiego opata następuje w r. 1611. podział wszystkich posiadłości klasztoru na opackie i klasztorne dobra z tym skutkiem, iż naczelny zarząd ostatnich już nie podlegał opatowi tylko przeorowi. Sopoty zaliczono w poczet posiadłości opackich. Sądzić by więc można, że teraz zapanuje tutaj żywioł polski pod opieką Opatów, wybieranych wyłącznie z pomiędzy magnatów naszych. Tymczasem w rzeczywistości inaczej się działo, bo chociaż teraz już nie sprowadzano niemieckich osadników, to jednakowoż rządy Rzeczypospolitej niczym tutaj nie przyczyniły się do powstrzymania rozwoju germanizacji. Dobry raczej stosunek, jaki potrafili z opatem utrzymywać zawsze patrycjusze gdańscy, odzwierciadlający się wiernie w rozpowszechnionym wśród ówczesnych gdańszczan frazesie: »Unterm Krummstab ist gut wohnen« (dobrze się mieszka pod pastorałem), bronił stanowczo polskiemu życiu przez długi czas całkiem wstępu do Sopot. Zbogaceni polskim handlem patrycjusze gdańscy uczuwają niezmierną potrzebę zbytku. Nie wystarcza im na zaspokojenie jej budowanie w mieście owych pięknych kamienic i wznoszenie wspaniałych publicznych gmachów. Potrzeba czegoś więcej. Więc powstaje popierany przez opatów zwyczaj wyjeżdżania z całym domem na latowy pobyt do własnych dworków w Sopotach, urządzanych z największym przepychem, a zaopatrzonych w ogrody, warzywniki, stawy kopane i gołębniki, aby domowi nie zabrakło zgoła niczego. Zwyczaj ten stał się dla wioski źródłem niesłychanego dostatku, ale równocześnie także przyczyną całkowitego wyparcia z niej resztek osiadłych tam dawniej polskich mieszkańców.
VI. Trzy cenne polskie pamiątki Sopot.
Wilanów kaszubski. — Mieszkania Jana Kazimierza i Stanisława Leszczyńskiego.
Pierwsze kroki swe kieruje każdy gość w Sopotach nad morze, aby z lubością poddać się urokowi, jaki ten czarujący żywioł roztacza naokoło siebie, i z końca pomostu uraczyć się pięknym widokiem lesistych wzgórz, otaczających, niby rama gustowna obraz, brzeg morski i rozpostarte nad nim na długiej przestrzeni wdzięcznie miasto wili ogródków. Lecz któż z polskich przybyszów wie o tym, że w tym zachwycającym krajobrazie jedno z najprzedniejszych miejsc zajmuje część, która słusznie powinna nosić nazwę Wilanowa kaszubskiego. To położone na północ a kąpiące się w morzu jedyne lesiste, wyniosłe wzgórze z wieżą kapliczki tuż obok, niegdyś dziedzictwo króla Jana III. i jego synów, posiadające w parku i prastare lipy i odwieczny dąb, którego rozłożyste konary z sopockiego pomostu nie trudno zauważyć. Wioska ta piękna, nosząca nazwę Kolibki przedstawia się jako bardzo wdzięczny spacer dla kąpielowców, nie trwający tam i z powrotem dłużej niż półtorej godziny. Idzie się parkiem północnym aż do miejsca, gdzie nad strumykiem, stanowiącym odwieczną granicę pomiędzy Sopotami i Kolibkami, a noszącym dawniej nazwę Sweliny, umieścił zarząd kąpielowy tabliczkę z napisem: Menzelweg. Tutaj prowadzi przyjemny cienisty wąwóz nad brzegiem strumyka w górę aż do szosy, stąd idzie się cokolwiek w górę po schodach na szosę, po tym tąż drogą kilka tylko minut w kierunku północnym, aż niebawem przywita przychodnia cmentarzyk wiejski z murowaną Bożą męką, zupełnie taką samą, jaką wszędzie w kraju się spotyka. Z cmentarza prowadzi go rząd dębów przed kapliczkę, którą swego czasu dziedzic wioski, pan wojewoda Przebendowski wystawił dla nabożnych pielgrzymów, ciągnących tędy i dzisiaj jeszcze corocznie bardzo liczną rzeszą, śpiewając polskie pieśni, w procesji z Oliwy do Wejherowa na wielki odpust Wniebowstąpienia. Tuż przy kapliczce park z owymi odwiecznymi lipami i przypominającym kult Dewaitysa dębem, który chętnie pozwalają zwiedzać, a u stóp jego w pobliżu nad wodą wdzięczne Orłowo (Adlershorst), ów ulubiony cel pływających po morzu łodzi sopockich.
Otóż urocze dziedzictwo króla Sobieskiego nad morzem polskim w pobliżu Pucka, jedynego portu Rzeczypospolitej, dzisiaj cokolwiek zaniedbane, ale obdarzone przez przyrodę tak zachwycającym wdziękiem, iż nie dziw, że stanowiąc z dobrami wejherowskimi i rucewskimi rodzaj udzielnego kaszubskiego księstwa, przez kilka wieków nieustannie znajdowało się w posiadaniu najmożniejszych polskich panów. Szereg ich rozpoczyna dom Weyherów, owych potężnych w czasie panowania Jana Kazimierza wojewodów malborskich i pomorskich, których ofiarności dzisiejsze Pomorze zawdzięcza swą Częstochowę kaszubską w postaci odwiedzanej przez liczne rzesze kalwarii wejherowskiej. Po nich dostaje się Radziwiłłom, prawdopodobnie w sposób transakcji rodzinnej, od których przechodzi w ręce Sobieskich, ojca i synów, aż wreszcie Przebendowscy oddają całe te dobra Niemcom po prawie stuletnim posiadaniu. Przy tej sposobności warto przypomnieć badaczom naszej przeszłości wiadomość, podaną przez pisma przed kilku laty, jakoby koronacyjna kareta króla Jana III. dostała się na miejsce dzisiejszego swego pobytu przez Głogowę sposobem zdobyczy wojennej, zabranej synom króla Sobieskiego i darowanej przez Fryderyka II. generałowi pruskiemu. Naturalniejszym się wydaje przewiezienie karety z Warszawy do Gdańska, może z okazji poświęcenia fundowanej tam przez Jana III. kaplicy królewskiej, po tym przewiezienie z Gdańska przez Kolibki do Wejherowa lub pięknego Rucewa, położonych w pobliżu dzisiejszej granicy pomiędzy Pomeranią a Prusami Zachodnimi, zakończone oddaniem jej przez Przebendowskich w ręce Kleistów, z którą to rodziną Przebendowskich łączyły bliskie węzły pokrewieństwa. Takie jest sąsiedztwo Sopot od strony północnej.
Na południowym zaś końcu dawnej wioski znajduje się nad strumykiem, noszącym już od najdawniejszych czasów aż do dziś polską nazwę Karlik, otoczony starymi lipami równie stary dworek, na którym wobec dzisiejszej buty pruskiej należałoby umieścić pamiętne słowa kanonika Starowolskiego »Deus mira- bilis, fortuna mutabilis«, ponieważ tutaj mieszkał podczas rokowań, poprzedzających pokój oliwski Jan Kazimierz z Marią Ludwiką. Wtenczas stał na fundamentach dzisiejszego dworku inny piękny nowy, murowany, który podczas wojennej zawieruchy w roku 1733. został zburzony. Na starych fundamentach postawiono później dzisiejszy wiązarkowy domek. Otoczenie królewskie stanowili tutaj następujący panowie: Jan Leszczyński, Jerzy Lubomirski, Chrystjan Pac, Andrzej Morsztyn, Władysław Rej i Jan Gniński. Interesującym jest porównanie, jakie współczesny kronikarz gdański robi pomiędzy zachowaniem się dworu polskiego a szwedzkiego, ganiąc u ostatniego zbytki i wspaniałe uczty, a chwaląc poważny i pełen godności tryb życia po stronie polskiej. Mianowicie ocenia bardzo dodatnio przymioty osobiste i znaczenie królowej Marii Ludwiki, a przedstawiając ją jako prawdziwą duszę rokowań pokojowych o nadzwyczajnym uzdolnieniu umysłowym, podnosi zarazem w niej z uznaniem niepospolitą zacność duszy, objawioną wyraźnie przez ofiarowanie klejnotów swych i całego własnego majątku na zaspokojenie potrzeb kraju. Prócz Kolibek, przypominających nam sławę oręża polskiego pod Wiedniem i dworu karlikowskiego, jako pamiątki po Janie Kazimierzu, przywodzącej z nieprzezwyciężoną siłą na myśl ową wiekopomną przysięgę tego ostatniego króla polskiego z rodu Jagiellonów, acz po kądzieli, ową ostatnią wolę wielkiej w kraju dynastii, oddającą cały nasz naród pod opiekę Królowej Korony Polskiej, staje polskim gościom w Sopotach jeszcze inna, nie mniej rzewna i drogim sercu wspomnieniem uświęcona pamiątka w postaci pomnika odradzającego się narodu przed oczy. To tutejsze mieszkanie Stanisława Leszczyńskiego, owego króla filozofa, który przez swą szkołę lunewilską dał ojczyźnie trwałą podstawą do największej naszej chluby z epoki rozbiorowej, kształcąc w niej późniejszych działaczy Czteroletniego sejmu i Komisji edukacyjnej. Posłuchajmy opisu ogromnej kląski, jakiej dla całej wioski tutejszy pobyt Leszczyńskiego stał sią przyczyną:
Wiła, stojąca dziś przy rynku na południe ewangelickiego kościoła, a nosząca obecnie nazwą: »Schwedenhof«, oznacza miejsce, na którym w początku wieku osiemnastego znajdował sią otoczony fosą i zwodzonymi mostami pałacyk francuskiego rezydenta w Gdańsku. Tutaj zatrzymywał sią Stanisław Leszczyński podczas zawieruchy wojennej o koronę polską pomiędzy nim a Augustem III. Domyślając się tego, uderzył, celem pochwycenia Leszczyńskiego, na Sopoty oddział wojska rosyjsko-saskiego, oblegającego Gdańsk, a nie zastawszy tutaj króla Stanisława, który krótko przed tym był uszedł, pohulał sobie po swojemu, zamieniając uroczy ten dotąd przybytek zbytku gdańskich patrycjuszów w jedno wielkie zgliszcze, na którym tylko parę domków uniknęło zagłady. Ta kląska niezmierna wioski złamała na zawsze wszechpotężny wpływ ducha germanizacyjnego, wywierany dotąd solidarnie przez klasztor oliwski i kupców gdańskich. Ostatni stracili całkiem chęć do budowania sobie nowych letnisk w Sopotach, gdyż oblężenie Gdańska przyniosło im wszystkim niepowetowane straty. Oddawali więc posesje swe jedną po drugiej, zniszczone i bez budynków, opatowi na powrót. Teraz nadeszła właściwa pora dla szlachty naszej do nabywania posiadłości sopockich pod bardzo korzystnymi warunkami. To też już w połowie XVIII. wieku znajduje sią prawie cała wioska w polskim ręku, a rodziny hr. Przebendowskich i hr. Sierakowskich zwracają na siebie najprzedniejszą uwagą, pierwsi jako dziedzice większej części Sopot, ostatni jako założyciele wielkiego parku pięknego, oddanego na publiczny użytek. Obu tym domom przyznaje kronika miejscowa, iż przez nie zbudowane zostały tutaj pierwsze prywatne łazienki do kąpieli morskich, gdy publiczne łazienki wzniesiono dopiero prawie sto lat później. Interesującą jest uwaga, jaką robi niemiecki dziejopis o pani Bernardzie Przebendowskiej, dziedziczce prawie całych Sopot, wdowie po chorążym Józefie. Zaznaczywszy, iż dom jej był przez długi czas główną osią wyższego towarzyskiego życia w miejscu, nie może powstrzymać zdziwienia swego z przyczyny, iż pani ta nie umiała prawie wcale po niemiecku, chociaż jako Kleistówna z domu musiała być przecie niemieckiego dochodzenia.
Skreślił L. W.
Kurier Poznański 1908.06.23 R.3 nr 142-147